Zgromadzamy się w imię Pana Jezusa Chrystusa. Mt 18,20

 

Zapraszamy serdecznie na nasze nabożeństwa:

ul. Królowej Jadwigi 16 I p. (róg Małe Garbary)  w każdą niedzielę o godz. 10.00 nauczanie i o godz. 11.00 kazanie

 

DOBRE GŁOSZENIE

Co jest dobrym głoszeniem , a co nim nie jest.

Glen Conjurske

 

Wierzę, że dobre głoszenie jest bardzo rzadkie w dzisiejszych czasach. Płytkość, obojętność i wpływ świata, który generalnie wnika do kościoła nie sprzyja kształtowaniu kaznodziejów. A głoszenie, które można spotkać nie jest raczej dobrym środkiem do poprawy sytuacji w kościele. Więc kościół tonie coraz bardziej w naukach świata i obojętności, podczas, gdy ludzie idą do piekła.
Jakże podniosłe i ważne jest głoszenie słowa Bożego w dzisiejszych czasach! Jak szczerze każdy kaznodzieja powinien zapytać, czym jest dobre głoszenie? I czy jego głoszenie pasuje do standardu?
Musi być udowodnione, że dobre głoszenie to takie, które osiąga swój cel. To takie, które utwierdza i uwiecznia dobro w duszy człowieka. To takie, które określa, przebudza, przekonuje, nawraca, pociesza, buduje i przekonuje do działania. Ale jakie głoszenie to sprawi? Ogólnie mówiąc to kazanie Słowa Bożego w mocy Ducha Świętego. Ale ludzka natura jest taka, że każdy kaznodzieja uważa, że to jest właśnie opis jego głoszenia. Nawet ci nie przebudzeni, nie nawróceni albo kierowani na najtrudniejsze pole. Co stanowi o dobrym głoszeniu? Możemy to nazwać treścią, sposobem czy jego efektem.
Podstawą, oczywiście musi być Słowo Boże. Ale jest tu i miejsce na wielkie oszustwo. Każdy błąd na świecie domaga się wsparcia Biblii. Ale są też tacy, którzy rzeczywiście opierają się w swoim głoszeniu na Biblii, a których kazania mogą sprawić niewiele dobrego. Ci, którzy opierają się przede wszystkim na domyślnych założeniach teologii, przepowiedniach, odczytywaniu pism, nie dostrzegają „ważniejszych aspektów prawa”. Poza tym człowiek może głosić Słowo Boże i być niedoskonałym w duchu i jego mocy. Jest wielu kaznodziejów, którzy są bardzo oddani głoszeniu i nauczaniu o proroctwach. Ich przesłanie przypomina nauki proroków. Ich głoszenie jest przede wszystkim moralne, nie intelektualne. Pisma są pełne napomnień, mocnych perswazji, przekonujących przykładów, delikatnego tłumaczenia. Ale to wszystko jest ignorowane przez młodych głosicieli proroctw, oni zajmują się przede wszystkim kreśleniem przyszłych wydarzeń. Jakże często z troską obserwowałem zapowiedzi specjalnych spotkań w niektórych kościołach, które były kolejną „konferencją proroków”. Cała moja dusza płacze, bo to ostatnia rzecz na świece, której potrzebują! Oni już otworzyli swoje uszy na „proroctwa i wymierzanie sprawiedliwości”, ale nadal są przepełnieni materializmem i naukami świata, nie zwyciężają swoich dusz, nie są gorliwi w modlitwie i nie pragną przebudzenia. Może znają Pismo Święte, ale nie mają jego ducha i mocy. Zbyt długo byli karmieni dietą, która określała pierwszeństwo intelektu i byli przez nią uśpieni. Trwają w desperackiej potrzebie takiego głoszenia, które przekona sumienie i odmieni serce.
Duch Boży przyszedł, żeby ukarać świat grzechu, prawości i sądu. I te trzy rzeczy powinny zajmować dużą część głoszenia światu. Zauważ, że on nie przychodzi, aby pouczać świat, ale żeby go karać. Nie mam nic przeciwko nauczaniu ludzi, ale uważam, że nie jest to pierwsza rzecz, której potrzebują. Każdy człowiek ma określoną ilość światła, ale jej nie szanuje. Nie czynią tak, jak powinni. Muszą być pchnięci, obudzeni, przekonani. Oni potrzebują poczuć to, co wiedzą. Muszą być przekonani. Oni musza być przekonani przez te trzy podstawowe rzeczy: grzech, prawość i sąd. Biblia, to w dużej mierze księga o nich. Czy to spojrzymy na historyczne księgi starego testamentu, przypowieści, proroctwa, ewangelie, listy czy apokalipsę. Ogromna większość przesłania, to grzech, prawość i sąd. Jak to jest, że wielu kaznodziei może głosić o Biblii co tydzień i mówić tak mało o tych tym? Przyjrzymy się każdej z nich pokrótce żeby poznać znaczenie takiego głoszenia, które jest świadectwem Ducha Świętego.
Grzech. Dobre głoszenie powinno być skierowane na potępienie grzechu jako na pierwszorzędną i główną rzecz. Dzisiaj wielką potrzebą tego świata jest wiadomość o karze. A jakże mało tego widzimy. Jak rzadko widzimy grzeszników żałujących i pokutujących za swoje czyny? Jak rzadko widzimy ich drżących i zawstydzonych, upadających i pytających: „Co mam zrobić, żeby być zbawionym?”. Jak wielu kaznodziejów głoszących od lat nigdy nie ujrzało takiego znaku? Były takie czasy, kiedy to było obserwowane w kościele Bożym, ale niestety, już minęły. Potępienie za grzech sprawia wrażenie już nieaktualnego. I, co zastanawiające, tak mało dzisiejszych kazań kiedykolwiek je przedstawia. Energia kaznodziejów skupia się na zaprzeczaniu ewolucji, zwalczaniu bluźnierczości telewizji, próbie wpasowania wydarzeń na Bliskim Wschodzie do przepowiedni proroctw, i wielu innych rzeczach bardziej potrzebnych i pożytecznych, a zaniedbują rzecz najbardziej potrzebną, a mianowicie sprowadzenie sumienia grzesznika do spotkania twarzą w twarz z mszczącym się za grzech Bogiem.
Obalamy błędy członków sekt, podczas gdy oni nie są jeszcze zbawieni. Pozwólcie, żeby oni byli potępieni przez grzech, a ich błędy wyparują do atmosfery. Głosimy „apologetów”, obalamy ewolucję, udowadniamy istnienie Boga a niewierzący i sceptycy pozostają tam gdzie byli. Ale pozwólmy im zostać potępionym przez grzech a ich niewierność wyleci przez okno. Kierujemy się w złą stronę, na współżycie z grzesznikami i przez to niczego nie osiągamy. Charles G. Finney, który poświęcił życie na głoszenie ewangelii mówi: „Uniwersalizm, unitaryzm i wszystkie inne formy fundamentalnych wypaczeń dały drogę i upadek dla znaków w obecności wielkich przebudzeń. Wciąż się uczyłem, że człowiek potrzebuje być prawdziwie przekonany o swojej grzeszności poprzez Ducha Świętego, aby się raz na zawsze wdzięcznie poddać, Uniwersalizm i Unitaryzm.”1
Gdzie indziej Finney wypowiada się tak: „Przypadek niewierności mojego znajomego może posłużyć do takiej ilustracji. On miał w swoim życiu dwie pobożne żony. Przeczytał prawie wszystkie książki inspirowane Biblią. Dyskutował i często uważał, że triumfował ponad wierzącymi w Biblię, a w gruncie rzeczy był najbardziej zakamuflowanym niewierzącym, jakiego znałem. Ale, kiedy zaczęły następować w nim zmiany, jego oczy się otworzyły na straszny ogrom win. Pewnego dnia zobaczyłem go przybitego przez grzech, ogromnie zawstydzonego. Schylił swoją głowę między kolana, zakrył twarz, jęcząc w cierpieniach. Zostawiłem go w takim stanie i poszedłem na spotkanie modlitewne. Niedługo potem on przyszedł na nie, wyglądał jak nigdy dotąd. Kiedy wychodził powiedział do swojej żony: „Długo mnie znasz, jako niewierzącego o zatwardziałym sercu, ale moja niewiara odeszła. Nie mogę ci powiedzieć, co to sprawiło, wszystko wydaje i się wielkim nonsensem. Nie mogę zrozumieć jak mogłem kiedyś nie wierzyć i bronić tego.”2
Mógłbym opisywać inne wypadki, które są dowodami, że dobre głoszenie potępia grzech. Teraz też musimy chcieć to osiągnąć. Musimy poświęcać wiele miejsca w naszych kazaniach na grzech. Musimy głosić przeciwko każdemu, aż cały świat powie Amen i przekaże to swoim sąsiadom. Musimy głosić blisko, głęboko, ostrzegając grzeszników nie przed jakimiś grzechami, ale jego własnymi (Ez. 18:21) Aż odwróci się od wszystkich grzechów swoich. Musimy ich zmusić, aby rozumieli i poczuli swoją słabość, że ich grzechy obrażają Boga. Muszą się poczuć wini przed Nim. To jest podstawa głoszenia.
Prawość. Dobre głoszenie sprawi, że ludzie będą głodni i spragnieni prawości. Przekona ich, że bez niej nie ma szczęścia ani zbawienia. Prawość to praworządność. To bycie i robienie dobra. To „odjęcie złości uczynkom” i „uczenie się czynienia dobra” (Iz. 1:16-17). Prawość to żałowanie i owoce tego żalu. To było przesłanie Chrystusa do apostołów. Chrystus rozkazał, „aby była kazana w imieniu jego pokuta i odpuszczenie grzechów między wszystkimi narodami” (Łuk. 24:47). Wielki ciężar głoszenia apostoła Pawła (jak sam nam mówi) na początku jego kariery, to „ aby pokutowali i nawrócili się do Boga, czyniąc uczynki godne pokuty” (Dz. Ap. 26:20). Teraz w kościele jest wielka antypatia dla głoszenia pokuty i uczynków dla odkupienia. Wielu, utwierdzając doktrynę usprawiedliwienia poprzez wiarę, zaprzecza potrzebie pokuty. Inni definiują ją tak, aby wytłumaczyć swoje przekonania. Jest takie generalne odczucie, określone lub nie, że człowiek może być zbawionym nie będąc prawym. Przez to człowiek chce podkreślić zbawienie przez wiarę. Ale Biblia jest wszędzie wyraźnie temu przeciwna. „ Azaż nie wiecie, iż niesprawiedliwi królestwa Bożego nie odziedziczą? Nie mylcie się” (1 Kor. 6:9); „ Dziateczki! Niechaj was nikt nie zwodzi, kto czyni sprawiedliwość, sprawiedliwy jest, jako i on sprawiedliwy jest; kto czyni grzech, z dyjabła jest” (1 Jan 3:7-8).
To prawda, że wszyscy wielcy kaznodzieje w przeszłości, kaznodzieje, których głoszenie osiągało cel, głosili o prawości. John Wesley, którego wielkość w służbie słowu prawdopodobnie przekraczała możliwości innych kaznodziei od czasów apostołów, mówił tak: „Jeżeli właściwie połączymy z wiarę z uczynkami we wszystkich naszych kazaniach, nie opuszczą nas błogosławieństwa. Ale całe głoszenie, które jest często nazywane głoszeniem Dobrej Nowiny, jest bezużyteczne, jeżeli nie szkodliwe; nudnie, głośno lub za żywiołowo prawią kazania o cierpieniu Chrystusa czy zbawieniu przez wiarę bez silnego wpajania świętości. Widzę coraz więcej tych naturalnych tendencji do wykluczania świętości z tego świata.”3
Charles G. Finney mówi: „ Musisz chcieć porzucić wszystkie swoje grzechy, być odkupionym od nich, teraz i na zawsze! Jak długo się na to nie zgodzisz, nie będziesz mógł być zbawionym. Wielu będzie chciałoby być w niebie, jeżeli będą mogliby pozostać przy niektórych grzechach na ziemi – albo raczej myślą, że będą w niebie pod takimi warunkami. Ale prawda jest taka, że tak bardzo będą nienawidzić czyste serce w życiu wiecznym w niebie, jak to robią na ziemi. Oni całkowicie się oszukują przypuszczając, że są gotowi, a nawet chętni, żeby pójść takiego nieba, jakie Bóg przygotował dla swoich ludzi. Nie, nie może być innego nieba niż to dla tych, którzy przyjmują zbawienie od wszystkich grzechów tego świata. Oni musza przyjąć ewangelię, jako system, który nie idzie na kompromis z grzechem. System, który cieszy się uwolnieniem od grzechu nawet teraz i odpowiednio zabezpiecza. Każda inna ewangelia jest nieprawdziwa, akceptacja ewangelii Chrystusa w innym brzmieniu jest nieakceptowaniem jej wcale. Jej pierwszym i ostatnim warunkiem jest przysięga i wieczne wyrzeczenie się każdego grzechu.”4
D. L. Moody pisze: „ Nie ma czegoś takiego jak człowiek dostający się do nieba zanim będzie zacznie żałować za grzechy. Możesz głosić Chrystusa, oferować Chrystusa, ale człowiek najpierw musi się odwrócić od grzechu, jak próbowaliśmy ci pokazać wczorajszej nocy. Niech niegodziwy opuści swoją drogę, nieprawy swoje myśli, i odwróci się do Pana. Żal jest tym odwróceniem”5
Gdzie indziej on pisze; „jest jedna rzecz, której nie można ci robić, nie skruszony grzeszniku: Nie możesz wejść do Królestwa Bożego. Możesz tu przychodzić. Możesz pójść do kościoła, ale nigdy nie wejdziesz do Królestwa Bożego bez żalu za grzechy.
Bóg jest pełen miłosierdzia, pełen miłości i może ci wybaczyć. Ale Bóg mówi, że jeśli nie pokutujesz musisz umrzeć. Bóg jest prawdą. Nie mówi rzeczy nieprawdziwych. Możesz przejść nad tym do porządku dziennego, młody człowieku, ale ten czas nadchodzi, i jeśli nie okażesz skruchy, nie będzie dużo nadziei dla Ciebie. Musisz być pełen wiary; musisz odrzucać wszystko co nie jest dobre i święte.”6
Charles Wesley, do dzisiaj znany głównie ze swych hymnów, był także jednym z najbardziej wypełnionych mocą i powołaniem kaznodzieją. W swoim dzienniku napisał: „Głosiłem w lesie, w tym strasznym świecie, ‘sprzedaj wszystko’, nie otrzymasz więcej pomocy. Jak diabeł zdumiał tych nauczycieli, którzy w strachu pomiędzy pracą, utwierdzali się w tym pierwszym uniwersalnym obowiązku! Jeżeli umacnianie Chrystusa jest przez głoszenie o uczynkach, mam nadzieje, że będę o nich głosił tak długo, jak będę żył.”7
Ale my żyjemy w złych czasach, skoro diabeł w taki sposób zwodzi kaznodziejów. W czasach, kiedy ludzie są bardzo wystraszeni prawością, i żyją w grzechu. Boja się ‘dobrych uczynków’ bardziej niż złych. Żyjemy w czasach, kiedy subtelne zmiany znoszą różnice, a połowa słowa Bożego jest skreślona. Szczególnie słowa Chrystusa są tymi, które mogą być zmieniane, i są tak samo szanowane, jak te, które on głosił. Paweł pisze: „ Jeżeli kto inaczej uczy, a nie przystępuje do zdrowych mów Pana naszego Jezusa Chrystusa, i do tej nauki, która jest według pobożności, taki nadęty jest i nic nie umie” (1 Tym. 6:3-4). Są tutaj wymienione trzy rzeczy: zdrowe mowy, słowa, naszego Pana, Jezusa Chrystusa (jak przedstawione w ewangeliach) i doktryna, która jest oparta na pobożności. Ta doktryna, która ignoruje, czy marginalizuje słowa Pana Jezusa Chrystusa, nie jest pełna, nie jest także związana z pobożnością. Ona nie promuje głębokich i solidnych zmian w duszy człowieka. I zauważ, że doktryna zgodna z nauką Boga upiera się przy pobożności, jako warunku niezbędnym do zbawienia. Poza wszelkimi wątpliwościami pozostaje wielki ciężar słów Pana naszego Jezusa Chrystusa, które są przyczyną, dla której tak wielu jest zaniepokojonym przypisaniem ich do grupy przemijającego wybaczenia. On głosił, że jeżeli człowiek nie wybaczy innym, także i Bóg nie wybaczy jemu. Jeżeli bardzo kochamy nasze życie, stracimy je, ale jeżeli będziemy nienawidzić ten świat, otrzymamy życie wieczne. Nikt nie wejdzie do królestwa niebieskiego, tylko ten, kto będzie czynił wolę Ojca. I wiele innych, podobnych rzeczy. Kto to dzisiaj głosi? Dziś jest to tylko pusta doktryna, i wszystko jest obliczone na przedstawienie twardych, i ciągłych uczynków, zmian w duszy człowieka. Takie głoszenie jest tak bardzo popularne w naszych czasach. Ono ignoruje, lub wręcz zaprzecza wszystko to, co jest bezwarunkowym zbawieniem, ale akceptuje Chrystusa, jako zbawiciela, nie jest doktryną zgodna z pobożnością. To nie promuje prawości, ale nieostrożność i grzech. To nie przebudzi dusz, ale wręcz je usypia. Jak desperacko potrzebujemy powrotu do głoszenia o prawości!
Sąd. Biblia od początku do końca jest pełna wzmianek o Sądzie Bożym. Jakże rzadko świat w to wierzy. Od sześciu tysiącleci szatan głosił taką wiadomość: „Nikt na pewno nie umrze!” Czyli: „Możesz grzeszyć, i nic ci nie będzie. Bóg kocha i przebacza, i na pewno nie karze ci za to zapłacić. Chrystusa zmarł za nasze grzechy, i dlatego ty możesz trwać w swoich, a i tak pójdziesz do nieba. Grzeszysz dzisiaj, spowiadasz się jutro, i żyjesz długo i szczęśliwie!” Tak bardzo szatan nas oszukuje! Co kieruje chrześcijanami przyjmującymi jego słowa? I jak mało kazań słyszymy dzisiaj na temat osądzania za grzechy? Pan sam opowiedział nam o piekle. I to są najbardziej doniosłe i przerażające słowa: unicestwienie w płomieniach; kraina ciemności, płacz i zgrzytanie zębów; nieugaszony ogień; ogień wieczny. Gdzie indziej czytamy: „będą męczeni we dnie i w nocy, na wieki”. Wszystko to po to, abyśmy poznali, czym na prawdę jest piekło. Jak ono otworzy, swoje szerokie bramy, żeby wpuścić tam dusze, pełne szczerości, elokwencji, łez i tłumaczeń. Bójcie się Boga, jak pisze Paweł, przekonujcie ludzi. Jeśli tylko świat mógłby się przekonać o prawdzie, o pewności i surowości Sądu Bożego, dusze nie byłyby wyrzucone z Królestwa. Kaznodziejo, głoś o Sądzie Bożym!
Ale oprócz tego wszystkiego musimy głosić to, co prawidłowo nazywamy ewangelią nieprzebranego bogactwa Chrystusa – wrażliwej, pokrzepiającej, radosnej miłości Boga. Prawdy, która może złamać największego grzesznika. Miłość Boga skruszy i zwycięży go. Jeśli kiedykolwiek człowiek używał Błowa Bożego jako młotka do skruszenia twardego serca, to na pewno był to Charles G. Finey. Czytamy o nim: „ Tak jak apostoł Jan, Finney czynił główny temat ze swego podeszłego wieku. Ciężko mu było odnosić się do miłości Boga bez płaczu”.8 Sam Finney pisał: „Jest dowiedzionym faktem, że ta manifestacja Boga w Chrystusie kruszy serca wielu grzeszników. Ujarzmiła wiele serc i ujarzmi wiele innych... Oczywiście, jeśli to tak zobaczyłeś i poczułeś siłę Pana w swoim sercu, to zaszlochasz, złamiesz się i spytasz: Czy Jezus tak bardzo mnie kocha? I czy ja powinienem nadal kochać grzech? A twoje serce zmięknie, jak tysiące innych to zrobiło, bez względu na wiek, kiedy zobaczyli, jaka ofiarę złożył za nich Chrystus na krzyżu.”9
Nie zamierzam opowiadać się po tej stronie głoszenia, jednak faktem jest, że dzisiaj kładzie się jednostronny nacisk na miłość i chwałę Boga, zaniedbując jego prawość, świętość i sąd. To prawda, Bóg jest miłością, ale Bóg też jest światłością i pożerającym ogniem. To tylko brzmienie doktryny bierze pod uwagę obie strony Bożej natury, i obie strony jego objawienia. To nadaje treść teologii i sprawia, że głoszenie jest użyteczne. Wielki John Wesley napisał do jednego kaznodziei: „ Widzę niebezpieczeństwo, w którym jesteś, którego prawdopodobnie sam nie dostrzegasz. Czyż nie jest dla mnie, jak i dla ciebie najprzyjemniejsze głoszenie miłości Boga? I czyż nie przychodzi taki czas, że jesteśmy do niej prowadzeni i znajdujemy w niej osobliwe błogosławieństwo? Tak niewątpliwie jest. Ale to byłoby zupełnie złe i bez pokrycia w biblii, gdybyśmy nic oprócz tego nie głosili. Pozwólcie prawu przygotowywać do ewangelii. Niech nigdy nie zabraknie mów bardziej szczerych na temat miłości Bożej niż poprzedniego wieczora; ale to było potem, jak płakałem i powstałem z rozpadu. Tak czyń.”10
Gdzie indziej on pisze: „ Moim zdaniem prawidłowa metoda głoszenia jest taka. Na początku głośmy cokolwiek, po generalnej deklaracji o miłości Boga do grzeszników i Jego woli zbawienia, głoście prawo najmocniej, najbliżej, jak tylko potraficie. Tylko wspominając o ewangelii od czasu do czasu, pokazując ja taką, jaka jest.
Po tym, jak coraz więcej ludzi będzie przekonanych o swojej grzeszności, możemy podawać coraz więcej ewangelii w celu zaszczepienia wiary, wzrastania w życiu duchowym tych, których prawo prowadzi do śmierci. Ale to nie może być robione zbyt szybko. Dlatego nie jest wskazane całkowite omijanie prawa. Nie tylko dlatego, że możemy przypuszczać, że wielu z naszych przyjaciół nie jest przekonanych, ale dlatego, ze istnieje niebezpieczeństwo, że ci przekonani podleczą swoje rany: dlatego to nie jest tylko prywatna rozmowa z prawdziwie nawróconymi grzesznikami, nie powinniśmy głosić tylko ewangelii.”11
Ale w tej chwili wielu kaznodziejów może powiedzieć, że to wszystko jest bardzo dobre dla ewangelizatora, ale ja nim nie. Nie jest moim zadaniem zbawiać zgubionych, ale umacniać zbawionych. Do takich muszę skierować inne słowa. Na początek obawiam się, że to jest zbyt częsta wymówka z braku mocy czy owoców. To jest sprawa każdego świętego, aby wprowadzać do świata żywych, jak wielu jeszcze, potem tych, którzy są wciągnięci w publiczne służenie światu. To jest łatwa rzecz, kiedy nie widzimy zbawionych dusz, powiedzieć: to nie jest mój dar. Moim darem jest umacniać świętych. Jest bardzo trudno zmierzyć czy policzyć umacnianie. Możemy łatwo sobie wmówić, że wypełniamy swoją misję, kiedy w rzeczywistości robimy mało lub nic. Chcę wyjaśnić, że kazania, które nie nawracają grzeszników nie umacniają też świętych. Czyż to nie jest to czysta realizacja słów apostoła Pawła? : „a proroctwo nie niewiernym, a wierzącym; ale kto prorokuje, ten zbór buduje” (1 Kor. 14:22;4). Oprócz służby dla zysku i umacniania kościoła także mówi nam: „Ale jeźliby wszyscy prorokowali, a wszedłby który sądzony bywa. A tak skrytości serca jego bywają objawione, a on upadłszy na oblicze, pokłoni się Bogu, wyznawając, że Bóg jest prawdziwie w was.”(wersy 24 i 25). Niewierny, albo prostak, od wszystkich przekonany (to samo słowo, co w ew. Jana 16:8) i od wszystkich. Implikacja jest tutaj nieunikniona: ta służba, która naprawdę umacnia kościół, także prawdziwie przekonuje i nawraca grzeszników. Te słowa także mówią, ze dobre głoszenie nie tylko przekazuje wiadomości na temat Boga, jego dzieł, ale które sprawia, że czuje się jego obecność. To takie głoszenie, które umacnia Kościół, przekonuje i nawraca grzeszników.
Owald J. Smith pisze: „Są ludzie, którzy uważają, że maja szczególne talenty do umacniania wierzących i oddają się całkowicie budowaniu chrześcijan w wierze. Tak było, kiedy zszedłem z drogi. Czułem, że miałem specjalne dary do uczenia i przemawiania do młodych chrześcijan w Głębszym Życiu i przygotowałem kilka celów, pomysłów poświęcenia mojego czas takiej pracy, zanim Bóg miłosiernie otworzył moje oczy i pokazał jak dalece byłem zgubiony. Nic tak nie pogłębia chrześcijańskiego doświadczenia, umacnia wierzących, buduje ich w wierze tak nagle i gruntownie, jak obserwacja zbawienia dyszy. Głębokie spotkania z duchem świętym, gdzie moc Boża pracuje potężnie w nawróceniu i zbawieniu grzeszników, rozmnoży więcej chrześcijan niż uczenie latami bez niego.”12
C. H. Spurgeon pisze: „ Teraz myślę, że jestem zobowiązany nie głosić kazań bez zwracania się do grzeszników. Myślę, że sługa, który może mówić kazanie nie skierowane do grzeszników nie wie jak głosić.”13
Ale niektórzy kaznodzieje mogą powiedzieć: To bez sensu, żebym głosił grzesznikom, bo ich po prostu bardzo często nie ma z nami. Ja generalnie głoszę społecznościom składającym się tylko z wierzących. Rzeczywiście! I czy można prosić o prawdziwszy znak na to, że twoje głoszenie jest nieprawidłowe? Po pierwsze, głoszenie słowa Bożego w mocy Ducha Świętego jest wielkim obrazem mocy. O tym powinniśmy mówić dalej. Ale, jeśli niektórzy zbawieni, do których głosisz nie byli rzeczywiście umocnieni, tak jak powinni, staną się słabi, jak zgubieni. Widziałem już kila takich społeczności „tylko świętych”, czasem całe zbory siwowłosych zbawionych, którzy nie mogli przekonać nawet własnych dzieci.
Ale prawdą jest, że dla ciebie głoszenie do grzeszników może być czymś wspanialszym, niż sobie to uświadamiasz. Bardzo wielu kaznodziejów długo wątpiło w swoje możliwości, przez swoje niepowodzenia w głoszeniu o skrusze i prawości. Jestem zmuszony powiedzieć, że wiele ewangelicznych i fundamentalnych kościołów składa się z ludzi faktycznie nie nawróconych, jakikolwiek zawód wykonują. To nie jest ich porażka, czy styl życia z tego świata, ich brak zachwytu nad sprawami boskimi, niechęć nawet do uczestniczenia w spotkaniach kościelnych jest tego objawem.
Cóż, już przyznaliśmy, że jest wiele okazji do głoszenia także do chrześcijan. Niestety! Zbyt wiele okazji. „Czyż już coś nie było zrobione?”, pisze Finney „czy nie przyszedł taki czas, że niektóre kościoły opuściły właściwa ścieżkę, nie powinny przecież przypodobywać się światu, ale powinny być zgodne z przykładem Ducha Świętego.
Twierdzisz, że chcesz, aby grzesznicy się nawrócili, ale co to udaremnia, skoro oni znowu toną w upodobaniu tego świata? Przyznaję, jestem wypełniony bólem z powodu obserwowania, jak kierowany jest kościół. Gdzie są te chwalebne nawrócenia, które kiedyś były? Wierzę, że są szczere nawrócenia, wypełnienia Duchem Świętym, z których Kościół się radował przez ostatnie dziesięć lat. Wierzą, że takie nawrócenia są częste wśród najlepszych chrześcijan na ziemi. Ale, pomimo wszystko, ich wspaniałe ciało przynosi hańbę religii. Jaki będzie pożytek z tysięcy nowych członków kościoła, którzy będą tacy sami jak dzisiejsi członkowie? Czy religia będzie przez to bardziej uhonorowana w obliczy bezbożnych ludzi? Jeden święty kościół , naprawdę poświęcony dla świata, a świat dla niego uczyni więcej dla szerzenia chrześcijaństwa, niż wszystkie kościoły na tym świecie żyjące tak jak dotychczas. A gdybym miał tyle siły, aby znowu chodzić po kościołach, zamiast głosić o nawróceniu grzesznych, głosiłbym o wprowadzeniu ewangelicznego modelu życia. Bo jaki jest pożytek z nawracania ludzi i czynienia ich takimi chrześcijanami?14
Te wszystkie słowa są prawdziwe. A nawet bardziej niż były sto pięćdziesiąt lat temu, kiedy głosił Finney. W świetle tego nie jest trudno określić, co powinno być postawą głoszenia ludowi bożemu. Musimy pracować, aby przynieść ich do ducha i mocy Nowego Testamentu. Musimy nastawić ich dusze na prawdziwe chrześcijaństwo nowotestamentowe, czyli, aby chodzili jak Chrystus (1 Jan. 2:6); byli doskonałymi jak Ojciec (Mat 5:48), stawali się doskonałymi i zupełnymi wszelkiej woli Bożej (Kol. 4:12); napełnieni wszelka radością i pokojem w wierze (Rzym. 15:13); mocni, nieporuszeni, obfitujący w uczynku pańskim (1Kor. 15:58); napominający jedni drugich na każdy dzień (Żyd. 3:13); napełnieni wszelka zupełnością bożą ( Ef. 3:19); Któż nas odłączy od miłości Chrystusowej? Czyli utrapienie, czyli ucisk? Czyli prześladowanie, czyli głód, czyli nagość, czyli niebezpieczeństwo, czyli miecz? Jako napisano dla Ciebie cały dzień zabijani bywamy, poczytaniśmy jako owce na rzeź naznaczone. Ale w tem wszystkim przezwyciężamy przez tego, który nas umiłował (Rzym 8: 35-3); i tak powinniśmy czynić. Tu jest duch Nowego testamentu. Ale niestety, bardzo rzadko zauważane w nowoczesnym głoszeniu. Ale pozwólcie to głosić, nie tylko jako suche nauki, ale jako żywe korzenie ich dusz. I święci będą umocnieni, i grzesznicy przekonani.
Ale musimy przejść do zasad głoszenia, jako że poświęciłem i tak już dużo czasu na wyjaśnienie poprzednich kwestii. A zasady, jak uważam są ważniejsze niż zawartość. I nie mam na myśli akceptowania głoszenia rzeczy złych. Człowiek może głosić to, co właściwe, ale według takich zasad, które tylko temu szkodzą. Może głosić prawdę nudno, sucho, bez serca, niczego nie osiągając. To tylko uśpi ludzi. Z drugiej strony, kaznodzieja może być ignorantem i uda mu się przekonać kilka osób, nawrócić przez własne doświadczenia, to głosi ta odrobinę zasad, sprawi wiele dobrego i to morze być wielką sprawą. C. H. Surgeon pisze: „ Widziałem i słyszałem kilku kiepskich kaznodziei, którzy jednak doprowadzili kilka dusz do także te słabe kazania przyprowadziły wielu do Chrystusa. To nie to, co powiedział kaznodziej, ale przede wszystkim jak to zrobił, to przyniosło zmianę ich serc. Najprostsza prawda to doprowadzenie do domu przez intensywność wypowiedzi i emocje człowieka, od którego wyszedł ten niespodziewany efekt.”15
Wiele przypadków może być podane za ilustracje tego, ale właściwsze jest wyznaczenie punktu, który powinien mnie ograniczyć do dwóch najbardziej ekstremalnych przypadków, jakie spotkałem. Bud Robinson, który był jednym ze statutowych członków Kościoła Nazareńskiego (założonego w 1908 r.), i którego służba, bardziej niż kogokolwiek innego opierała się na pracy, urodził się w drewnianym domku z gliniana podłogą na wzgórzach Tennessee . Wychował się w domu alkoholików, w wielkiej biedzie. Był analfabetą, jąkającym się tak bardzo, że ledwo mógł się przedstawić, epileptykiem, był niewierzący. Z takich warunków pojechał na obóz i był chwalebnie nawrócony. Tej samej nocy, leżąc pod wozem, spoglądając na gwiazdy, zbyt szczęśliwy, aby usnąć, Bóg wezwał go do głoszenia. Niedługo potem zaczął się ubiegać o pozwolenie na głoszenie w kościele metodystycznym, a oni nie chcąc go zniechęcać, przypuszczając, że sobie nie poradzi, ale także nie zaszkodzi udzielili mu jej. A na następnej kwartalnej konferencji zgłosił sześćdziesiąt nawróceń. Ktoś, kto go znał powiedział: „W te dni widziałem go stojącego na platformie, a całe jego nieokrzesanie ubioru i osobowości, jąkanie znikało w tym mówieniu pełnym wiary. Mówił, dopóki nie upadł z pianą na ustach, nieprzytomny. Ale wciąż i wciąż widziałem go stojącego we łzach spływających po jego twarzy, niezdolnego do wypowiedzenia sześciu słów „Przyjdź do Jezusa, On Cię kocha”. I ludzie przychodzili wypełniając ołtarz chorymi.”16
Później „Bóg wyleczył jego epilepsję, jąkanie i rozwiązał jego język, stał się najbardziej rozchwytywanym kaznodzieja Ameryki.”17Miał moc Bożą do przekonywania grzeszników nawet wtedy, kiedy z ledwością wyjąkiwał sześć słów.
Inny przykład, do którego się odniosę jest bardziej doniosły. Został opowiedziany przez Davida Marksa, kaznodzieje o wielkiej mocy i owocach. „Chcąc odpocząć w czasie zgromadzeni odszedłem dalej. Usłyszałem delikatny głos w stodole, w której wszyscy byli zgromadzeni. Wzniecił się niepokój i wszczęto alarm. Wróciłem tam w pośpiechu. Wchodząc zobaczyłem młodego mężczyznę stojącego przed zgromadzeniem w kałuży łez. Który przez znaki i gesty próbował opisać radość nieba i koszmar piekła. Dźwięk jego głosu był nie do opisania. Pisk. Ale Połączony z tymi znakami wyrażał szczęście i nędze. Całe zgromadzenie było głęboko poruszone. Ze wstydem zauważyłem, że ten mody człowiek był głochoniemy, otworzył swoje usta, aby odwrócić zhańbionych z drogi do piekła. Później doświadczył nadziei w Bogu i opisał to doświadczenie na migi. Pokazując swój strach przed potępieniem spoglądał w ogień, a potem pokazywał w dół. A jego widzenie nieba, przez dotykanie jasnych lub złotych rzeczy, wskazując na górę. Chciał przyjąć i przyjął chrzest, i stał się pełnym wiary członkiem kościoła. Wydarzenia w kościele zainteresowały go jak nikogo innego. I pomimo, że nie mógł ani słyszeć, ani wypowiadać słów, miał głos, który wystarczał do modlenia się i śpiewania, połączonego z odpowiednimi gestami. Rozumiem, dlaczego był błogosławiony wieloma nawróceniami.”18
Marks odnosi się do tego samego człowieka kilka lat później, tym razem głoszącego na wielkim spotkaniu: „Jego nieartykułowane dźwięki, ta kałuż łez, i jego szczere gesty, bardzo wpłynęły na zbór, i nawet najbardziej zatwardziałe serca musiały się skruszyć.”19
I skoro tacy kaznodzieje jak oni mogą zdobywać duszę, czy nie dotyczy to nas, którzy jesteśmy w pełni sprawni i, jak przypuszczam z biblijną i teologiczną edukacją. Czy nie powinniśmy spuścić głów ze wstydu? Zapomniałem się. Opisałem te przykłady, aby pokazać znaczenie zasad, że mogą być one ważniejsze niż treść.
Jak więc powinniśmy głosić? Nie siląc się nawet na wyczerpanie tematu odpowiem: z mocą, prostotą, szczerością, podniośle, z miłością.
Moc. O tym, który głosił, jak nikt dotąd czytamy: „I zdumiewali się nad nauka jego; albowiem on ich uczył jako mający moc, a nie jako nauczeni w Piśmie” (Mk 1:22) Jedna rzecz jest tu jasna: słowa Chrystusa trafiały do serc jego słuchaczy. Byli zdumieni (czy zdziwieni) jego nauką. To było inne od powszechnej wtedy nauki. To było z mocą. I czy jeszcze nie odkryliśmy, dlaczego dzisiejsze głoszenie robi tak małe wrażenie na słuchaczach? Ludzie nie mówią z mocą, z której mają ta nieomylna księgę w rękach. Raczej delikatnie sugerują niż ogłaszają. Głoszą opinie czy interpretacje chętniej niż określona prawdę, którą znają i noszą na dnie swoich dusz. Z tej czy innej przyczyny, będąc obojętnymi, bez jednego oka, czy z innej przyczyny, brakuje im silnego i głębokiego przekonania o prawdzie w ich własnych duszach. Dlatego ich głoszenie bez przekonania nie robi wielkiego wrażenia na słuchaczach. Jeśli trąbka wydaje dziwna melodie, nikt za nią nie idzie. Oni głoszą o Pawle i Koryntianach, albo o Chrystusie i faryzeuszach, ale nie traktują słowa Bożego jako obusiecznego miecza, albo jako młotka kruszącego kamień, przynoszącego życie, palącej nowiny Boga w duszach ludzkich.
Marcin Luter wstrząsnął chrześcijaństwem, bo mówił z mocą. To przez nią się mu sprzeciwił, wzruszył fundamenty, tego kościoła, który twierdził, że jest jedynym powiernikiem mocy Bożej. Jeśliby Luter mówił bez tej mocy, nie osiągnąłby żadnego skutku. On mówił z taka mocą, bo miał twarde przekonanie wewnątrz swojej własnej duszy. Sprawdzian tego przekonania jest taki: jeśli człowiek ustanawia swoją doktrynę sam przed całym światem (także i kościołem), gdyby oddał za nią swoje życie, jest warta, aby nosić imię przekonującej. A taka była doktryna Lutra. On mówił „ Jestem przekonany, że moja doktryna pochodzi z nieba. Pozwoliłem jej triumfować przed tym, który ma w swoim małym palcu więcej siły i przebiegłości niż wszyscy papieże, królowie i doktorzy razem wzięci. Moja prawda pozostanie, a papież upadnie, pomimo wszystkich bram piekieł i mocy powietrza, ziemi i morza.”20 Takie zdania mnożą się w świadectwach Lutra.
Teraz człowiek, który ma swojej duszy takie przekonanie o prawdzie będzie mówił z mocą. Jeśli go nie ma nie będzie miał mocy, nie ważne jak bardzo by się starał, jego głoszenie odniesie mizerny efekt w duszach słuchaczy. Powinniśmy, zatem wskazać ta ten szczególny punkt, szczególną prawdę, że ludzkie głoszenie będzie refleksja ich samych. „Dobry człowiek z dobrego skarby serca wynosi rzeczy dobre” (Mat 12:35). Nie może się wznieść ponad to, czym sam jest. To, na co jest skierowany wartościuje jego głoszenie. Później jeszcze do tego wrócę.
Prostota. Paweł głosił „nie w powabnych mądrościach i ludzkich słowach” (1 Kor 2:4). Na początku kariery Giorolamo Savanaroli, wielkiego Włocha żyjącego w XV wieku jeden z jego uczniów powiedział mu, że jego maniera głoszenia nie może być porównana z pewną słynną (ale teraz zapomnianą) mową ich czasów. „Na co Savanarola odpowiedział z gniewem ‘Słowne ozdobniki nie mogą się równać z naukami jasno tłumaczonymi’”21 Celem Savonaroli było nie robienie na ludziach wrażenia głoszeniem, ale prawdą. I przez znaczenie nauk prosto wyjaśnionych stał się najpełniejszym mocy i najbardziej elokwentnym kaznodzieją swoich czasów.
C. H. Spurgeon mawiał: „ Nienawidzę przemówień. Zniżam się najbardziej jak potrafię. Słowa wysokich lotów sprawiają wrażenie niegodziwych, kiedy dusze są przeraźliwie zimne.”22
A.T. Pierson mówił o Moody’m „Nauczył się głosić prosto, a lepiej powiedzieć, że się nie nauczył głosić inaczej; i w nieskażonym naturalnym języku, nie przekupionym przez wybredne szkoły, mówił twarzą w twarz z ludźmi; i oni go słuchali”23
Faktycznie, nie mówię tu przeciwko ‘skażeniu szkołami’, bo nie ma wielkiej potrzeby wypowiadania się na ten temat. Ale służba szkół, które maja uczyć ludzi jak głosić, faktycznie czyni coś odwrotnego. Finney pisze: „Jestem pod wielkim wrażeniem szkół i ich wielkiego wysiłku w psuciu sług. Słudzy dzisiejszych czasów maja wielkie możliwości zbierania informacji na wszystkie teologiczne tematy. I są o wiele lepiej wykształceni pod względem teologicznym, historycznym i biblijnym, niż to miało miejsce kiedykolwiek. I z tym całym wykształceniem nie wiedzą tego używać. Oni, w końcu mogą być wielkich rozmiarów, jak Dawid w zbroi Saula.”24
Zbroja Saula, jest dokładnie tym, z czym mamy tutaj do czynienia. Czy nazwiemy to wymową, kazaniem, czy sztuką głoszenia. To sens słów. To nie jest demonstracja ducha i mocy. Ani możliwość współpracy w celu jego osiągnięcia. Gdzie jest ta nieokreślona linia Piotra., kiedy trzy tysiące dusz odwróciło się do Chrystusa dzięki czemuś nieokreślonemu. To była demonstracja ducha i mocy, i znowu twierdzę, że całe ludzka edukacja w mądrości słów, wspaniałości mów, nie osiągnęłaby tego. Tak długo, jak te rzeczy będą wpływały na treść, same będą się skazywały na niepowodzenia. Wkładają zbroję Saulowa na człowieka wierzącego, i jak dotąd ograniczają, czy też przeciążają go. Gdyby w naszych czasach młody człowiek był tak doświadczony w Bogu jak Dawid, gdyby był taki skuteczny w wierze i mocy Pana, odrzuciłby zbroję Saula, tak jak uczynił Dawid, jako niepotrzebną i szkodliwą. To stawia mądrość człowieka w miejscu mocy Boga. Ale jest również faktem udoskonalającym sztukę, że skrupulatna kultura nauczania nigdy nie poruszy mas, tak bardzo jak naturalna prostota. A jeśli nie głosimy, aby poruszać ludzi to, po co w ogóle głosimy? Wygładzone mowy są przyjemne dla uszu przez parę chwil, ale potem są zapomniane. Ale prostak, który nie głosi mądrymi słowami, ale pokazuje ducha i moc, poruszy tłumy, a jego imię stanie się niezapomniane. Takimi ludźmi byli John Bunyan , Christmas Evans, D. L. Moody, C. H. Spurgeon, Gipsy Smith i Billy Sunday, żaden z nich nie posiadł nawet odrobiny wykształcenia, nawet nie uczył się służby Bogu. John Bunyan głosił przez podobieństwa, był pełen mocy i owoców. Wykształcony John Owen chadzał, aby go słuchać, kiedy ten głosił w Londynie. „Karol II zapytał go kiedyś w zadumie: jak taki dworski człowiek jak ty może siedzieć i słuchać takiego analfabety; on odpowiedział: Wasza wysokość, gdybym mógł posiąść jego zdolności głoszenia z przyjemnością bym zrezygnował z wykształcenia” Przypuszczam, że on wiedział, że taka właśnie jest cena dobrego głoszenia.25
Szczerość. Dobre kazania pochodzą z serca. Są zrodzone z uczuć i skąpane we łzach. I teraz właśnie dochodzimy do głównego punktu rozprawy. Szczere emocje, serdeczność to wielkie wyznaczniki kazania. Bez tego, jakkolwiek dobrze byśmy sobie radzili w innych aspektach, głoszenie osiągnie wiele mniej dobrego. Ale tam, gdzie jest szczerość, naprawi ona wszelkie niedociągnięcia. Czyż nie doświadczyliśmy tego obficie w tych dwóch przypadkach powyżej? Chodzi o Buda Robinsona przekonującego i nawracającego grzeszników przez wyjąkane sześć słów „ze łzami spływającymi po jego twarzy”, i głuchoniemym zdobywającym dusze poprzez swoje piski, znaki i gesty, stojącego w kałuży łez. To jest sedno sprawy. Wierzę, że ta dzisiejsza nieobecność łez u kaznodziei dowodzi naszej słabości w tej materii. Paweł pisze: „nie przestawał napominać ze łzami każdego z was.” (Dz. ap. 20:31). Napisał do Koryntian: „ z wielkiego ucisku i utrapienia serca i z wielą łez” (2 Kor. 2:4). A do Filipian: „z płaczem mówię” (Fil. 3:18). Czuliśmy, co on głosi i dlatego inni też poczuli. Był poruszony przez prawdę, którą przekazywał. Poruszony z głębi duszy, dlatego poruszył innych.
Oto dekret dobrego, wielkiego, pełnego mocy, użytecznego głoszenia. Obiecuje sukces temu, który „sam chodząc z płaczem rozsiewa lud drogie nasienie; ale zaś przyszedłszy z radością znosić będzie snopy swoje.” (Psalm 126:6) Nie często słyszymy (od bezowocnych kaznodziei), ze Bóg nie wymaga od nas sukcesów, On tylko chce, abyśmy byli pełni wiary. Czy to nie jest kolejna wymówka dla obojętności? Bóg obiecuje sukces szczerym, gorliwym ludziom – ludziom, którzy głoszą ze łzami. A jeżeli nie jesteśmy tymi szczerymi i gorliwymi, to czy mamy wiarę? Kiedy Chrystus posłał dwunastu dał im „moc i władzę nad wszystkimi diabły, i aby uzdrawiali choroby.” (Łuk. 9:1) I kiedy przydarzył się konkretny przypadek (wers 40), oni nie mięli mocy i nie mogli wypędzić demona. Cóż za kiepską wymówkę sobie znaleźli „Nie jesteśmy powołani, aby odnosić sukcesy, tylko, abyśmy byli pełni wiary” Gdyby byli pełni wiary, udałoby im się. „O rodzaju niewierny”, a kiedy oni pytają, dlaczego, Pan odpowiada „ Przez niedowiarstwo wasze” (Mat. 17:23). Gdyby oni uwierzyli w słowa Chrystusa, gdyby byli szczerzy i gorliwi, gdyby oddali się modlitwie i pościli, udałoby im się. To prawda, że wspaniali kaznodzieje są na ogół szczerzy i (przez inne czynniki, które wpływają na sprawę) im większa gorliwość tym większe owoce.
George Whitefield był chyba najwspanialszym kaznodzieją, który stąpał po ziemi od czasów apostołów. Co sprawiło, że taki był? Jego kazania były ponadczasowe, często niezaplanowane, a on sam nigdy nie wpadłby na to, żeby ćwiczyć swoje kazania przed wygłoszeniem.26 Tak twierdzi Korneliusz Winter, który mieszkał z nim przez półtora roku. Jego wydrukowane kazania, są gorsze pod względem treści niż innych kaznodziei, ale kiedy je wygłaszał „chaotyczna wylewność”, jak niektórzy to nazywali przewyższała innych, przerażała pokazem ducha i mocy. Jak to się mogło dziać? Korneliusz Winter napisał potem: „Rzadko kiedy widziałem go głoszącego bez łez, i wierzę, że to były łzy szczerości. Często tracił głos z przejęcia. Kiedyś słyszałem go mówiącego ‘Winisz mnie za łzy, ale jak możesz temu zaradzić, kiedy nie ronisz łez nad sobą, kiedy twoja dusza jest na drodze do zagłady, i jak się domyślam jesteś po raz ostatni na kazaniu!’ Czasem szlochał bardzo mocno, panicznie głośno, z pasją, musiał przerywać, aby się uspokoić.”27
Czy ktoś może wątpić, że takie kazanie trafi do serc ludzi? Lekkomyślny młody człowiek, który usłyszał Whitefielda po raz pierwszy tak opisuje sposób i działanie jego kazań: :Pan Whitefield opisywał kiedyś gwałtowny charakter; wcale mnie to nie dotknęło. Uważałem się za lepszego chrześcijanina niż ktokolwiek w Anglii. Potem on przeszedł do tej frazy. Opisał zewnętrzną przyzwoitość, ale dostrzegał jad żmii w sercach. To raczej mnie zszokowało. Do końca kazania kilkakrotnie się załamywał. Zatrzymywał na chwilę, potem zalewał łzami, podnosił oczy i ręce krzycząc „O, moi słuchacze! Gniew nadchodzi!” Te słowa trafiły do mojego serca. Zapłakałem, a jak kazanie się skończyło pozostałem sam. Przez dni i tygodnie nie mogłem myśleć o niczym innym. Te straszne słowa chodziły za mną, gdziekolwiek szedłem „Gniew nadchodzi! Gniew nadchodzi!” Ten młody człowiek niedługo potem się nawrócił i został kaznodzieją.
Charles Wesley także głosił bez przygotowania, czasami otwierał Biblię i głosił o pierwszym wersecie, jaki zobaczył. O nim czytamy: „jego wypowiedzi zza pulpitu nie były suche i systematyczne, ale wypełnione wizjami i uczuciami z jego własnego wnętrza. Miał wielki talent wyrażania najważniejszych praw z prostota i energią. A jego działania były czasami prawdziwie apostolskie, siejących przekonanie wśród słuchaczy bez względu na przeciwności losu.”28
Ktoś inny, kto go dobrze znał napisał: „Jego dar służenia był prawdziwie wyjątkowy. Był najbliższy każdej rzeczy, którą uważam za oryginalną wersję głoszenia ewangelii. Tylko Bóg i nie nawróceni grzesznicy liczyli się dla niego, miało się wrażenie, że nic nie jest wstanie zburzyć tej mądrości i mocy, z którą mówił. Żeby użyć słów pobożnego człowieka: wszystko to były grzmoty i błyskawice.”29
Piszę to nie po to, aby wyliczać zasady głoszenia kazań. Dla nauki głoszeń nikt nigdy nie przedstawił lepszych zasad niż Wesley. Co więcej. On był człowiekiem gorliwym duchowo i całe życie miał dobre świadectwo. Jego kazania były przede wszystkim szczere. Głosił z serca i był często zalany łzami podczas mówienia. Oto jego własne, proste wytłumaczenie tej mocy: „ Czułem każde słowo, kiedy mówiłem dziś rano. Co pochodzi z serca zazwyczaj trafia do serca.”30
Moc Finneya jest doskonale znana. Ktoś kiedyś powiedział o jego kazaniach: „Jego kazania są łańcuchem światła, błyskiem nawrócenia wśród największych sceptyków.”31
O jego szczerych emocjach czytamy: „Mógł wzniecać strach przed prawem z przerażającą mocą, a potem odwrócić się i zaoferować miłosierdzie ewangelii z wrażliwością i łzami Jeremiasza czy Chrystusa.”32
Finney tak to opisuje: „Trzymam moją kieszonkową biblię w rękach i czytam im ten tekst: „Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby kto weń wierzy nie zginął, ale miał żywot wieczny”. Nie pamiętam wiele z tego, co mówiłem, ale wiem, że cel, na którym moje myśli się szczególnie koncentrowały to wdzięczność, jaką Bóg otrzymuje w zamian za swoją miłość. Ten temat poruszył moje myśli. Modliłem się i wylałem dusze wraz ze łzami. Faktycznie, otwieram całą duszę przed nimi. Faktycznie, sprawiam wrażenie burzy gradowej i miłości w jednej chwili.”33
Nie jest konieczne mnożenie przykładów. Wszyscy wielcy kaznodzieje byli wielcy. Szlochanie za pulpitem było tak popularne, jak dzisiaj śmiech. „Ach te łzy, te łzy” mawiał John Angell James, „Jak oni mogą nas ganić za naszą niewrażliwość, i jak nam udowodnią nasze niedostatki.”34
Spurgeon pisze: „Mam nadzieję, że się nie mylę przypuszczając, że wszyscy jesteśmy ogromnie szczerzy w służbie Panu. Więc przejdę do tego, co wydaje mi się kolejną umiejętnością, czyli zdobywania dusz, a to jest dowód szczerości... Skoro człowiek ma zdobywać duszę, musi być równie dużo emocji, jak i szczerości serca. Możesz wygłaszać największe ostrzeżenia, i najstraszniejsze groźby, ale w takiej mnogości beztroski one nie zrobią na nikim wrażenia. I możesz powtarzać największe oracje, w taki sposób, że nikt nie poruszy się ani z miłości ani ze strachu. Wierzę, że to zdobywanie dusz leży bardziej w szczerości niż gdziekolwiek indziej”35
Nie chcę być źle zrozumiany w tym przypisywaniu mocy szczerości, ale chciałbym się wytłumaczyć koniecznością szerzenia ewangelii. Nie teraz. Alę wierzę, że Duch święty używa właściwych narzędzi. Człowiek nie używa młotka do ścinania drzewa. Bóg już nie używa obojętnych kaznodziejów do nawracania niewierzących. Nie twierdzę, że nie robi tego nigdy, ale nie robi tego często. Nie uczyni przez niego tyle, ile przez szczerego, żarliwego człowieka. Nie jestem aż tak zdesperowany, żeby ucinać drzewo młotkiem, ale gdybym nie miał innego narzędzia w rękach uczyniłbym to. Ale, chcę powiedzieć: nie utniesz wielu drzew tym sposobem, nie wiele dużych drzew. Tak samo Bóg używa kiepskich kaznodziejów do nawracania. Może uda mu się tu, czy tam, ale te ciężkie przypadki pozostawi. Kiedy Bóg ma do wykonania zadanie szuka odpowiedniego człowieka do jego wykonania. Tam, gdzie go nie znajduje praca nie może być wykonana i wylewa swój gniew zamiast miłosierdzia (Ezech. 22:30-31). Moc Ducha świętego nie jest zastępstwem ani dla świętości ani szczerości ani żarliwości człowieka. On przychodzi do człowieka, namaszcza i wypełnia go, nie odsuwa możliwości człowieka, ale ich używa.
Podniosłość. Podniosłość, czy powaga jest bardzo bliska szczerości. Może być, że ta uroczystość jest tylko szczególną formą szczerości. Nie powinienem tego przesądzać. Wierzę, że to jest wystarczający podział, wystarczająco ważny, aby uzyskać szczególne traktowanie. Sprawy, które zajmują głosiciela Słowa Bożego powinny inspirować go do najwyższej podniosłości. Bóg! Niemoralność! Grzech! Świętość! Sąd! Wieczność! Na pewno nie ma tu miejsca na błahostki i jest zawstydzające, jak bardzo zawstydzające, że jest tak wiele żartów i śmiechu w dzisiejszych kazaniach. Nie będzie śmiechu, kiedy dowcipkujący kaznodzieje staną przed Bogiem, aby zdać rachunek ze swych bezskutecznych słów, i tych podniosłych chwil, kiedy grzesznicy umierali stojąc przed zborami, które z lekceważeniem pozwoliły im odejść. Nie wykluczamy wspólnego śmiechu, ani w czasie nabożeństwa, ani w życiu. Jest „Czas płaczu i czas śmiechu” (Kazn. Salom. 3:4). Pomimo, że ten grzeszny i smutny świat stoi zawsze przed tymi, którzy idą w Bogu. Czytamy: „Biada wam, którzyście nasyceni! Albowiem łaknąć będziecie. Biada wam, którzy się teraz śmiejecie! Bo się smucić i płakać będziecie.” (Łuk. 6:25). Często czytamy, że Chrystus i jego apostołowie płaczą, nigdy, że się śmieją. Jest oczywiste, że ich głoszenie nie było wypełnione głupimi żartami, które są teraz tak popularne. To nie jest ani chwała Boga ani dobra dusza.”
No cóż, nieobecność żartów i śmiechu, wcale nie jest oznaką podniosłości głoszenia. Podniosłość będzie spoczywać w duchu człowieka, który stoi przed wiecznością i czuje głębie jej strasznych realiów. Spurgeon mówił: „Coś z cienia tego wspaniałego dnia musi upaść przed naszym duchem i zaakcentować znaczenie miłosierdzia w naszym głoszeniu, albo stracimy moc tłumaczenia prawdy...
To tłumaczenie dla Chrystusa powinno być poparte perspektywą dnia sądu. Kiedy wchodzę na mównicę i przeszywa mnie wzrok tłumu, często jestem zbulwersowany. Myślę o tych tysiącach nieśmiertelnych dusz zaglądających przez okna, tęsknych oczach, jestem gotów głosić do nich wszystkich i być odpowiedzialnym za ich krew, i być im wiernym. Mówię ci, to sprawia, że czuję się gotowy do zaczynania od początku.”36
To, najdrożsi, jest ten rodzaj podniosłości, o którym mówimy. Człowiek, który to czuje, bez problemy to wyrazi słuchaczom. O Wesley’m czytamy: „Pan Wesley głosił w kościele, przed wieloma zborami, poważny jak grób! Kiedy on poświęcił pięćdziesiąt osiem minut wprowadzając ten okropny fragment o wskrzeszeniu Łazarza. Ciężko mu było przerwać modlitwę podczas kazania. O, jak bardzo był przejęty.”37
Kazania Jonathana Edwardsa charakteryzowały się najgłębszą podniosłością, a ta podniosłość miała wypełniać inne niedostatki. Był nauczony głosić w sposób, który trudno jest w ogóle nazwać kazaniem: zapisywał swe kazania, a potem czytał je ludziom, i to bez gorliwości czy poruszenia. Jego biograf pisze: „On pisał swoje kazania, tak okropnym charakterem pisma, że mógł je tylko odczytać podstawiając kartkę pod same oczy... Kiedy głosił, zazwyczaj stał za pulpitem, trzymając małe kartki w lewej ręce, z łokciem opartym o poduszce czy Biblii, jego prawa ręka z rzadka się ruszała, tylko, aby przewrócić kartkę, a cała postać, prawie nieruchoma.”38
Dalej czytamy; „Nigdy nie uczył się różnicować głosu, czy kłaść nacisku na coś. Ze strachem gestykulował czy nawet się ruszał.”39
Mówiąc o tym, chociaż „ Od pierwszego do ostatniego kroku niczym innym się nie kierował, tylko zbawieniem słuchaczy,”40, i chociaż ciężko rozpamiętywał grzech, prawość i sąd, nie był tylko „niedoskonałym mięczakiem, o topniejącym patosie ewangelii zbawienia.”41
I pomimo tych wszystkich niedoborów, jego głoszenie znacząco wpływało na ludzi, tak, że między innymi to o tym czytamy: „ Nie było ani jednej osoby w mieście, starej ani młodej, która została nieporuszona sprawami życia wiecznego. Ci, porzuceni, przegrani, i ci, którzy byli najbardziej skłonni do myślenia i szeptania o eksperymentalnych religiach, teraz byli podmiotami przebudzeń. I dzieła nawróceń były zadziwiające, wciąż wzrastały. Oni przychodzili do Jezusa Chrystusa.”42
Z ludzkiego punktu widzenia, nie możemy liczyć na takie rezultaty na innym gruncie niż intensyfikacja podniosłości, uroczystości, która charakteryzowała całe jego głoszenie. On czuł realia wieczności, i sprawiał, że inni też odczuwali. Jego biograf pisze: „Jego wystąpienia były pełne dobrej łaski, a jego przesłanie łatwe, perfekcyjnie naturalne, i bardzo uroczyste.”43 Ktoś inny pisze o nim: „Niezwykły przypadek nawrócenia, też kiedyś był dziełem pastora Edwardsa: kaznodziei z niskim głosem, o naturalnych i prostych przesłaniach, bez mowy ciała, ani niczego innego, co miało wzbudzić uwagę, oprócz jego zwyczajowej podniosłości, patrzącego, i przemawiającego w obecności Boga, z wielkim poczuciem wagi spraw, o których głosił.”44
Miłość. Nie ma na ziemi innej takiej siły jak miłość. Miłość zwycięży wszędzie tam, gdzie inne środki przegrały. Członkowie sekt, niewierni, Żydzi, zatwardziali i beztroscy grzesznicy każdego gatunku poczują siłę miłości. „W wielkich zgromadzeniach chrześcijańsko-żydowskich, dziewięćdziesiąt trzy procent z nich oświadcza, że byli zmuszeni rozważyć chrześcijaństwo, bo jakiś miły chrześcijanin okazał im miłość.”45
Proponuję zilustrować to moim własnym doświadczeniem, zacytowanym z mojego dziennika: „Przyszedłem do domu, gdzie było trzech młodych mężczyzn i jedna dziewczyna, najprawdopodobniej studenci. Zostałem prawie dwie godziny, ale mięliśmy drętwą i bezowocną dyskusję, szczególnie dziewczyna sprzeciwiała się wszystkiemu, co powiedziałem. Ale jakoś zeszliśmy na temat prześladowania, przyjrzeliśmy się historii Żydów. Spojrzałem jej w oczy i spytałem (bo tak podejrzewałem): ‘Jesteś Żydówką?’ odpowiedziała ‘tak’ powiedziałem jej ‘Znam historię Żydów, i kiedy ją czytam, płaczę’. Zatrzymałem się, i łzy zaczęły spływać po mojej twarzy, ale patrzyłem na nią dalej i powiedziałem: ‘Kocham Żydów, Chrystus też ich kochał’. Wtedy ona wybiegła z pokoju trzaskając za sobą drzwiami.” Mogę dodać, bo nie zapisałem tego wtedy, że kiedy to do niej mówiłem, ona zaczęła płakać, zakryła twarz obiema rękoma. Czy kiedykolwiek się nawróciła? Trudno mi powiedzieć, bo nigdy jej nie spotkałem. Ale podaje to jako przykład miłości poruszającej serce, kiedy nic innego nie działa.
Kiedy kaznodzieja głosi z serca wypełnionego miłością, jego słuchacze to wyczują, nawet jeżeli większość nie będzie w stanie powiedzieć, co ich tak poruszyło. W pamiętniku Wesley’a czytamy: „Przyjechaliśmy do Bolton około piątej po południu. Jak tylko wjechaliśmy na główną ulicę, zorientowaliśmy się, że lwy z Rochdale były tylko potulnymi barankami w porównaniu z ludźmi w Bolton. Takiej wściekłości i goryczy nie widziałem nigdy przedtem, w żadnej osobie ludzkiej. Szli za nami płacząc aż do samego domu, w którym mięliśmy spotkanie. I kiedy weszliśmy do środka oni stanęli na wszystkich okolicznych alejach, wypełnili ulice po brzegi. Nagle ktoś wbiegł do pokoju i powiedział, że tłum wdarł się do domu. Wierząc, że właśnie nadszedł ten czas, zszedłem w najgorsze zbiegowisko. Oni tymczasem zapełniali pokoje na parterze. Poprosiłem o krzesło. Wiatry się uspokoiły, wszyscy byli cicho i spokojnie. Moje serce było wypełnione miłością, moje oczy łzami, a usta argumentami. Oni byli zadziwieni, zawstydzeni, byli uspokojeni, chłonęli każde słowo.”46
Ale: „Choćbym mówił językami ludzkimi i anielskimi, a miłości bym nie miał, stałem się jako miedź brząkająca, albo cymbał brzmiący.” (1 Kor. 13:1). Mogę być przyjemnym dla ucha, ale nie poruszę serca i nie zdobędę duszy.
Ale tu, jak i w innych przypadkach, miłość musi być prawdziwa. Musimy mieć prawdziwe źródło miłości, które można było znaleźć w Samuelu H. Hadley’u, przez lata pracowniku misji Jerry McAuey Water Street w Nowym Jorku. R. A. Torrey pisze o nim: „On był ucieleśnieniem miłości Chrystusa.” J. Wilbur Chapman pisze: „ To bardzo powszechne świadectwo tych, którzy byli najbardziej wierzący w czasie swej obecności na Water Srteet, to nie tylko prosty sposób Hadley’a wyrażania rzeczy, ale to on sam, dbający o ludzi, którzy byli gotowi go słuchać. Przez całe moje doświadczenie służby, nie poznałem nigdy nikogo takiego, jestem tego pewien, kto byłby tak doskonałą ilustracją miłości Chrystusa dla grzeszników, i prawie niezliczona liczba ludzi nazywających go błogosławionym.”47
To była moc miłości, która umożliwiała mu nawracanie setek tych najbardziej zhańbionych i zdegenerowanych mężczyzn i kobiet. Harry Monroe z Pacific Garden Mision w Chicago pisze: „Trzynasty rozdział z listu do Koryntian zawsze był dla mnie skarbem rzadkiego piękna. Czytałem wiele komentarzy na jego temat, ale nigdy w pełni go nie zrozumiałem, aż do momentu spotkania Hadley’a na konwencji pracowników chrześcijańskich w Tremont Temple w Bostonie, w listopadzie 1982 r.. I kiedy inni rozważali sekret jego sukcesu, ja odkryłem, że on miał pasję narodzenia bożego w duszach, pasję, która sprawiała, że jego służba była najbardziej znacząca.”48
Mel Trotter z misji Mela Trottera w Grand Rapids pisze: „Po raz pierwszy spotkałem Hadley’a w Nortfield w Massachuchets sześć lat temu. Słyszałem jak przemawia w Round Top. Stanąłem przed nim, tak, abym mógł widzieć jego twarz i od pierwszego spojrzenia moje serce otworzyło się na niego i od tej pory go kochałem. I kiedy opowiedział historię swojego życia płakałem jak dziecko. Ja cierpiałem od tego samego grzechu. Nagle zacząłem szukać jego mocy. Rozmawiałem z nim o jego pracy i o misjach generalnie, ale nie przyznałem się mu, że jestem misjonarzem. Chciałem poznać jego metody i sekret jego mocy. W Chicago, następnej zimy, gdzie byliśmy razem na Konwencji Chrześcijańskich Pracowników, zobaczyłem tego praktyczną demonstrację. Znalazłem źródło jego mocy w miłości dla dusz wychodzącej z jego miłości do Chrystusa, i wizji tego, co przychodzi przez chrzest w duchu świętym. Więc zrozumiałem, że to jest ta droga: kochać niekochanych, tak jak Hadley to robił. Każdy musi mieć miłość Boga wylewającą się z serca przez Ducha Świętego. Widziałem go mówiącego do pijaka, a to, co powiedział sprawiło, ze on tam stał i płakał nad okropnością swojego pijaństwa.
Odszedłem od niego i stanąłem sam na sam z Bogiem i stałem tam aż Bóg dał mi taką samą moc. Kiedyś próbowałem kochać ludzi zdobywać ich duszę dla Chrystusa, ale od momentu pojawienia się Hadley’a w moim życiu już nie musiałem próbować, Bóg dał mi tą miłość.”49
Kiedykolwiek głosimy do zbawionych czy grzeszników nic nie może być ważniejsze od „bycia szczerym w miłości” (Ef. 4:15). Człowiek może głosić prawdę Bożą, ale być tak oschłym i zimnym, że może stracić tak przekonywanie, jak i zdobywanie serc słuchaczy. On może właściwie ich odciągnąć od Boga. „Znajdzie takowego, co mówił słowa jako miecz przerażające, ale język mądrych jest lekarstwem” (Przyp. 12:18). Mądrzy są ci, którzy zdobywają duszę (Przyp. 11:30). To miłość, która przyciąga serca i zdobywa dusze, a także umacnia świętych ‘umiejętność nadyma, ale miłość buduje” (1 Kor 8:1).
Ale musimy przejść do efektów dobrego głoszenia. To jest taki test. Jakkolwiek dobrego głoszenia można się nauczyć, ale jeżeli nie osiąga celu, co ono dobrego przyniesie? Często słyszałem kaznodziejów pocieszających się, że słowo Boże nie powróci do niego zmarnowane, ale osiągnie to, po co było posłane, nawet, jeżeli było przez nich głoszone nie osiągając żadnego celu. To może być język pobożnych wierzących, ale w rzeczywistości jest to język chłodnych w wierze. To język zadawalających się brakiem owoców. Tekst słowa Bożego w rękach wierzącego osiągnie inny rezultat: on sprowadzi człowieka na kolana przed oblicze Boga płacząc, z jękiem, który nie będzie mógł być uciszony. Aby naprawić drogi, spędzać czas, aż oczom każę się owoc tych słów. Słyszałem pastora modlącego się o uzdrowienie kobiety, która mówiła, że nie ma dobrych zębów. On ogłosił jej uzdrowienie, kiedy jej zęby były takie jak wcześniej i z dumą poinformował, że takie uzdrowienia nie muszą być natychmiastowe, ale na pewno wykonane, i niedługo potem ona będzie miała usta pełne zdrowych zębów. Teraz, czy to był język pełny wiary czy szaleństwa i oszustwa? Teraz nie mogę wykryć różnicy pomiędzy tym a przypuszczeniem wielu kaznodziejów, że słowo, które oni głoszą osiągnie cel Boga, nawet, jeżeli oni tego nie widzą. Eliasz się tak nie modlił, ale wciąż posyłał sługę, aby szukał chmury, kiedy on mocował się z Bogiem. I nie byłby zadowolony ani, jeżeli sługa mówił mu „nic nie ma”, ani gdyby zobaczył zbliżającą się chmurę. I to Jakub nazywa szczerym modleniem się, zagorzałą modlitwą. I kiedy zaczyna widzieć szczere, zagorzałe głoszenie, wkrótce zobaczy zbliżającą się małą chmurkę, wkrótce niebo czarne od chmur i wiatru, i ulewny deszcz błogosławieństw spadający na wyschnięty grunt. Dobre głoszenie osiągnie swój cel.
Jakich więc szukamy efektów? Na początek, dobre głoszenie przyciąga ludzi. „Żniwa są wielkie”, „pola są gotowe na żniwa”. Poniżej dumy i próżnego życia, poniżej pychy i samowystarczalnego życia bez Boga, poniżej pośpiechu, pogoni za przyjemnościami życia, poniżej zatwardziałości życia w grzechu, leży w każdym człowieku głodne serce i oskarżające sumienie. „Ale niewielu jest robotników” Jak niewielu jest kaznodziejów, którzy są zdolni przedrzeć się przez krzątaninę i pośpiech i zatwardziałość i samowystarczalność i mówić do każdej duszy ludzkiej! Mamy mnóstwo kaznodziejów, ale tylko kilku, którzy potrafią dzierżyć miecz Ducha i przebić się przez zbroję, którą człowiek zbudował sobie przeciw Bogu, i mówić do każdego serca i sumienia. Wierzę, że prawda o grzechu i prawości i sądzie i o wrażliwości poszukiwania miłości Boga, głoszona z autorytetem, szczerością i miłością osiągnie ten cel. I kiedy człowiek dorasta i może tak głosić, ludzie są do niego przyciągani. Oni mogą nie zrozumieć, dlaczego, ale oni wiedzą i czują instynktownie, że on wymiata pajęczyny z najgłębszego zakątka ich serca i duszy, to sprawia, że oni czują się, jak nigdy przedtem, że on stawia ich twarzą w twarz z tym, co dotyka korzenia ich istnienia, i są pełni mocy, możliwe, że nie mogą się oprzeć temu przyciąganiu do niego.
Jak ludzie byli przyciągani do Chrystusa! Oni szli za nim na pustynię i koczowali trzy dni bez jedzenia, tylko po to, aby słuchać słów z jego ust. Wiem, że on mówił, jak żaden inny człowiek. Wiem, że Duch był mu dany bez miary. Ale my możemy mówić tą samą prawdę i przez tego samego ducha, stosownie do naszej miary, a dlaczego nie możemy obserwować takich samych rezultatów, przez mniejsza miarę? Czemu nawet nie przez większa miarę, odkąd sam Jezus powiedział: „Kto wierzy w mię, sprawy, które ja czynię, i on czynić będzie, i większe nad te czynić będzie, bo ja odchodzę do Ojca mego” (Jan 14:22)? Jak często ludzie naszych czasów wyjaśniają ten werset przez stwierdzenie, że nie chodzi o cudowne uczynki, czy pracę fizyczną, ale tylko uczynki duchowe. Dobrze, więc tu jest dla ciebie praca duchowa do wykonania.
Ale my nie musimy ustalać sensu tego. To fakt, że przez cały ten czas słudzy Chrystusa przyciągali ludzi tak, jak Pan to robił. O Janie Chrzcicielu czytamy: „Tedy wychodziło do niego Jeruzalem i wszystka Judzka ziemia i wszystka kraina koło Jordanu” (Mat 3:5). Dzisiejsi kaznodzieje muszą budować eleganckie i wygodne „świątynie” w centrach wielkich miast, wyposażać je w obijanie ławki, dywany w przejściach i klimatyzację, muszą używać gier czy nagród i zabawy, aby przyciągać malutką część miejskich populacji. Jan Chrzciciel nie miał niczego takiego. Nie zbudował świątyni, nie było służby autobusowej, nie było żadnych atrakcji czy specjalnej muzyki. Nie wydał grosza na „promocję”. A wszyscy ludzie przychodzili na jego kazania. Oni „wychodzili do niego”, to znaczy wychodzili na pustynię, a nie mięli żadnych samochodów, aby tam pojechać. Oni szli tam tylko po jedną rzecz; szli, aby posłuchać słowa Bożego głoszonego w mocy Ducha Świętego.
Czytamy, że jeśli Paweł głosił w określonym miejscu „niemal wszystkie miasto się zgromadziło na słuchanie słowa bożego. Tedy Żydowie widząc lud, napełnieni są zazdrością” (Dzieje 13:44-45)
Niewierzący może powiedzieć, że takie rzeczy zdarzały się tylko apostołom i prorokom, ale tak nie jest. Słowo Boże głoszone z mocą Ducha Świętego zawsze przyciągnie wielu ludzi, nieważne, kto i co głosi.
Najwłaściwsze jest przypomnienie Johna Whitefielda, który potrafił przyciągnąć tłum tysięcy ludzi w każdym czasie i każdym miejscu. Takie sprawozdanie zostało napisane przez Nathana Colle’a, który pisze nam, że słuchanie o mocy i sukcesie Whitefielda głoszącego w różnych miejscach przywiodło go do nawrócenia, i czasami marzył o posłuchaniu go. „Nagle o ósmej czy dziewiątej rano przyszedł posłaniec i powiedział, że pan Whitefield głosił wczoraj w Hartford i Wethersfield i będzie głosił w Middletown dzisiaj o dziesiątej. Pracowałem w polu. Zostawiłem narzędzia i pobiegłem do domu do żony, powiedzieć, aby się przygotowała jak najszybciej na jego kazanie. Potem pobiegłem na pastwisko po konia, pełen obaw, że się spóźnię. Zabrałem konia i szybko pojechałem z żoną tak prędko, jak tylko koń potrafił. I kiedy koń tracił oddech zsiadałem biegnąc za nim aż do utraty tchu. Więc kilka razy sprawiałem przyjemność koniowi. [Zauważ czytelniku, że to był człowiek nie nawrócony!] Tak pędziliśmy, że z trudem uszliśmy z życiem, cały czas baliśmy się, że się spóźnimy. Przejechaliśmy dwanaście mil w trochę ponad godzinę i podjechaliśmy pod wysoko położoną parafię. I kiedy byliśmy już pół mili od celu droga z Hartfird, Wethersfield i Sepney były pokryte kurzem spowodowanym przez przyjeżdżających. Najpierw myślałem, że to mgła znad wielkiej rzeki, ale kiedy podjechałem bliżej usłyszałem dźwięk kopyt końskich, i poznałem, że ta chmura, to dym z dróg. Wznosił się nad wierzchołkami gór, ponad drzewami. I kiedy pokonywałem około dwudziestu dróg widziałem ludzi śpiących wśród tego kłębowiska jak duchy, i kiedy podjechałem jeszcze bliżej zdawało mi się, że to jest strumień koni i ich jeźdźców ledwo mieszczących się obok siebie. Wszystkie spienione, ze słodkim oddechem wydzierającym się z nozdrzy za każdym podskokiem. Każdy koń zdawał się nieść swego pana, aby ten usłyszał wieści z nieba i zbawił duszę. Przejechaliśmy ten strumień, ale nie słyszeliśmy nikogo rozmawiającego, tak bardzo wszyscy się spieszyli. I kiedy dojechaliśmy na miejsce tam już była ogromna liczba trzech czy czterech tysięcy ludzi. Odwróciłem się i spojrzałem na wielką rzekę i zobaczyłem tratwy jeżdżące tam i z powrotem przewożąc ludzi śpiesznie poruszające wiosłami. Wszystko, ludzie, konie, łodzie sprawiało wrażenie walczenia o życie. Ląd i brzegi rzeki były czarne od ludzi i koni. Wzdłuż dwunastu mil nikt nie pracował, wszyscy zniknęli.”50
Przez ponad trzydzieści lat Whitefield głosił codziennie, czasem nawet dwa czy trzy razy, i głównie przed tysiącami ludzi.
Przez ponad czterdzieści lat John Wesley głosił dwa i trzy razy dziennie, a zapisy w jego dzienniku mówią o „ogromnych ilościach”, „wielkich ilościach”, „tysiącach tysięcy” zebranych razem, aby słuchać jego głoszenia. I był rozumiany, tak często, jak często te tłumy nie były w wygodnych budynkach, ale stały pod gołym niebem, czasem ponad godzinę w deszczu słuchali człowieka głoszącego słowo boże.
Kiedy Spurgeon zaczął głosić w Londynie jego kaplica przy New Park Street wkrótce była wypełniona po brzegi. Były plany, aby powiększyć kaplicę, kiedy głosił w Exeter Hall, ale i to było za mało. On sam pisze: „Zawsze tam jestem, a ludzie nie dają mi spokoju, tak bardzo chcą usłyszeć mój głos. To dziwne, że taka siła jest w takim małym ciele, aby zapełnić Exeter Hall czy Strand, żeby ci piesi zapychali ulice i wytwarzali korki. Wierzę, że mogę zebrać tłum w nocnej śnieżycy.”51
I dalej: „Pan błogosławi słowo coraz bardziej, aż do nawrócenia niewierzących, i Exeter Hall był wypełniony przez cały nasz pobyt. Aby powrócić na New Park Street musielibyśmy zmieścić morze w łyżeczce od herbaty. Byliśmy bardziej nie przekonani niż kiedykolwiek. Odesłanie do domu wielu setek było koniecznością, a ci, którzy zostali przyjęci mięli niewiele lepiej w ścisku i gorącu ciężkim do opisania.”52
D. L. Moody zawsze wynajmował największe budynki na swoje spotkania, albo stawiał namioty, które mogłyby pomieścić tysiące ludzi. Jego moc przyciągania ludzi może być zobrazowana takim wydarzeniem. Kiedyś wynajął wielką salę w Chicago na spotkanie o dziesiątej rano i trzeciej po południu. Zrobił to pomimo sprzeciwu wielu, ale nikt inny oprócz jego samego nie był zdolny przyciągnąć tłumów w czasie godzin pracy. Torrey pisze: „Na porannym spotkaniu przyszedłem do hali około pół godziny wcześniej, ale szedłem ze strachem i obawą. Myślałem, że nikogo nie będzie tam przed czasem. Kiedy dotarłem na miejsce, ze zdziwieniem stwierdziłem kolejkę ludzi stojąca wzdłuż Congress Street i Wabash Avenue, mijającą kilka ulic. Wszedłem tylnymi drzwiami, ale i tam wielu się dobijało do wejścia. Kiedy drzwi się otworzyły kordon dwudziestu policjantów musiał pilnować tyłów, ale nie dali rady, bo tłum ich zniósł. Osiem tysięcy ludzi weszło do budynku zanim udało nam się zamknąć drzwi. I myślę, że taka sama ilość została na zewnątrz.”53
Także Torrey organizował wielkie budynki, lub stawiał namioty. Ale nawet one nie mogły pomieścić wszystkich chętnych. Przywołam jeden przykład: „Ogromne tłumy przybyły do Philharmonic Hall, gdzie odbywały się spotkania. Było konieczne do zakończenia cyklu, aby organizować po dwa spotkania na raz. Jedne dla kobiet, drugie dla mężczyzn. Kiedy jedno trwało, tysiące ludzie dobijali się do drzwi, aby przyjść. Ludzie stali przez godzinę, pogrążeni w deszczu, cierpliwie naokoło budynku.”54 I dalej: „ jednej nocy, po zauważeniu, że sala jest przepełniona, wielkie tłumy wciąż sterczały pod drzwiami. Pan Armstrong, miejski misjonarz wyszedł i powiedział do nich ‘Hala jest pełna, czemu nie idziecie do domu?’ Jedna kobieta odpowiedziała ‘proszę pana, my czekamy na kogoś, kto zemdleje’ odpowiedział ‘na pewno nie chcecie, aby ktoś zasłabł?’ ‘Nie’ powiedziała, ‘ale oni tam czasem mdleją, więc czekam na kogoś takiego, aby zająć jego miejsce.’ Jej szczerość wzbudziła jego ciekawość, spytał, czy jest chrześcijanką. Powiedziała, że nie. ‘Cóż’ powiedział ‘mogę wprowadzić panią przez tylne drzwi’. Zgodziła się i wysłuchała kazania. Po spotkaniu zauważył, że kobieta była jedną z pierwszych, która podeszła do pierwszych ławek i publicznie wyznała akceptację Chrystusa.”55
Billy Sunday wszędzie budował drewniane szałasy, największe mogły pomieścić 22 tysiące ludzi. Mimo to nigdy nie głosił w budynku wystarczająco dużym, aby zmieścić wszystkich. „Widzimy go przyciągającego niewiarygodne tłumy, nie raz czy dwa, codziennie przez tygodnie. Nowi ludzie wchodzą do szałasu, zanim poprzedni zdążą wyjść. Widzimy wiele organizacji proszących o rezerwacje miejsc. Wagony ludzi przyjeżdżają z innych miast. A on przyciąga ich mimo, ze gazety piszą a krytycy chrześcijaństwa potwierdzają, że głoszenie zza pulpitu straciło swoją moc. Jak wielu ludzi w Ameryce przyciągnie takie tłumy?
„Elokwencja Webstera i Clay’a jest słynna w collegach i spotkaniach politycznych, ale czy kiedykolwiek słyszeliśmy, że któryś z nich przyciągnął tysiące ludzi, którzy chcieli ich słuchać przez dziesięć tygodni w tym samym miejscu, mówiących na ten sam temat?”56
Pozostawiając ten temat musimy jeszcze raz zauważyć, że to było proste głoszenie słowa Bożego, które przyciągnęło tych wszystkich ludzi. Jest taki ruch wśród fundamentalistów, który atakuje przywiązuje wielką wagę do tłumów, i który potrafi je przyciągać, przynajmniej w niedziele. Ale to nie przez jasne głoszenie słowa Bożego. Oni sięgają lądów i mórz, nie pozostawiają nawet kamienia nieporuszonego w poszukiwaniu sposobów na przyciąganie tłumów. Są razem przez podstępy, konteksty, gry i nagrody, sztuczki, łapówki i różnego rodzaju rozrywki. Protestuje przeciwko temu wszystkiemu. Gdyby tak powinno się głosić, całe podstępy byłyby niepotrzebne.
Kilka lat temu słyszałem kazanie w obronie takiego postępowania. Tekst był wzięty z Łukasza 5:18 „szukali jakoby go wnieść i postawić przed nim” ten tekst służył obronie każdego podstępu od latawców i balonów, gumy do żucia, obitych klęczników i wielkich pianin. Ale począwszy od słowa „jakoby”, które wcale nie jest oryginalne, występuje w kursywie w angielskich tekstach. Tekst mówi jedynie „szukali wnieść go” I jeżeli zastanowimy się, dlaczego oni musieli szukać, widzimy tą obronę takiego „jakoby” staje się zaprzeczeniem ducha i mocy pisma. Mówi się nam (wers 17), że „moc Pańska przytomna była ku uzdrawianiu ich.” I dla tej przyczyny miejsce było wypełnione tak, że „zmieścić się nie mogli” (Marek 2:2). Teraz jest pewne, że gdyby moc Pana Była obecna w naszych nowoczesnych kościołach, wielu byłoby przyciągniętych do Chrystusa. Poznaję, że tekst mówi o mocy Pana, aby uzdrawiać ciało. Pomimo tych przykładów, wielokrotnie udowadniających, ze moc Pana jest obecna i zbawia dusze, i przyciąga tłumy. Jan Chrzciciel nie czynił cudów, ani Whitefield ani Wesley, ani Moody, ani mnóstwo innych, których moglibyśmy wymieniać. Oni tylko głosili ewangelię w mocy Ducha Świętego, i tłumy do nich przychodziły.
Ale ktoś może zapytać, czy nie powinniśmy używać takich podstępów, aby przyciągnąć ludzi do słuchania słowa Bożego po raz pierwszy? Jak inaczej można ich zachęcić, skoro nigdy wcześniej nie słuchali? Odpowiadam, jak oni przychodzili do Chrystusa? Czy on miał miękkie klęczniki, witraże w oknach, balony i gumę do żucia dla dzieci? Dlaczego szli na pustynię do Jana Chrzciciela? Dlaczego szli na pola słuchać Whitefield’a czy Wesley’a? Po prostu: Przez świadectwo tych, którzy go słuchali. Pozwólcie im się przekonać do kaznodziei, a oni wkrótce opowiedzą o nim innym. I tak jak ich dusze były poruszone, tak będą odważnie nawracać innych. Tak jak serce i sumienie Samarytanki zostały poruszone przez słowa Chrystusa, a ona poszła do miasteczka i ogłosiła: „Chodźcie i zobaczcie, ten człowiek opowiedział mi wszystkie rzeczy, które zrobiłam”. I tak jest zawsze. Informacja o dobrym kaznodziei zawsze szybko się rozchodzi. On mówi do każdej duszy, odpowiada na każde pytanie, zaspokaja najgłębsze potrzeby, a ludzie, którzy go spotkali nie pozostawią go w zapomnieniu. Dobre głoszenie przyciąga ludzi.
Ale musimy przejść dalej. Dobre głoszenie porusza ludzi. Sprawia, że czują. Sprawia, że płaczą. Zauważyliśmy wcześniej, że brak łez w nowoczesnym głoszeniu jest jednym z podstawowych oznak jego słabości. Nie mniejszą niż brak łez wśród słuchaczu. Nie może być wątpliwości, że potrzeba łez w nowoczesnym kościele może być oznaką obojętności, apatii, a dobre głoszenie powinno rozwiązywać ten problem. Często czytamy o całych zborach, ludziach bezbożnych, zawierających najcięższych grzeszników, płaczących w trakcie wielkich kazań.
George Whitefield pisze: „Nie wiemy, co to znaczy być na spotkaniu bez łez.”57
Znowu, „strzała zbawienia wyleciała tak szybko, i takie powszechne płakanie dobiegało z każdego końca zgromadzenia, że dobry pan J----- nie dawał rady chodzić z miejsca na miejsce, aby rozmawiać, przekonywać i pocieszać smutne dusze.”58
Innym razem, jak często to robił, głosił, gdy był chory i mówił: „naturalnie był bardzo zmęczony, ale co za życie! Jaka moc wylewała się wszędzie! Wszyscy sprawiali wrażenie wzruszonych, i płakali.”59
Thomas Rankin, który stał się później towarzyszem podróży Wesley’a pisze o jego pierwszym z nim spotkaniu: „Kazanie było najlepsze z pośród tych, które słyszałem w życiu. Mniej więcej w jego połowie odważyłem się spojrzeć w górę i zobaczyłem tłumy otaczające Whitefield’a, wszyscy zalani łzami.”60
O głoszeniu Christmasa Evansa czytamy: „Kaplice i przyległe schroniska były wypełnione słuchaczami nawet w środku tygodnia w pełni żniw. Często głosiłem na świeżym powietrzu, a radość, śpiewanie, i modlitwy trwały do świtu. Słuchacze byli poruszeni, uczestniczyli w różnych spotkaniach i płakali rzewnymi łzami, kobiety i mężczyźni, przepełnieni ewangelią.”61
Wesley pisze w swoim dzienniku: „Wszedłem wygłosić kazanie w Weaver’s Hall i zacząłem wykładać Izajasza, z dużą swobodą i mocą. Oni wzruszyli się do łez.”62
I dalej: „Czytałem modlitwy, a całe zgromadzenie płakało.”63
„Głosiłem o objawieniu 1:7, „oto idzie z obłokami i ujrzy go wszelkie oko” Bóg otworzył mi usta, jego słowa trafiały do jego serc. Było wiele łez”64
Z kolei o Savanaroli czytamy: „Nie można tego opisać słowami on i oni byli porwani przez jego myśli, i poświęcali mu uwagę, Kobiety i mężczyżni każdego wieku i stanu, robotnicy, poeci, filozofowie, zalewali się łzami, kiedy w kościele roznosił się szloch. Reporter notujący jego kazania był zmuszony napisać: „Z tego powodu byłem otoczony płaczem i nie mogłem pracować.”65 Jego biograf pisze, że z wielu kazań są takie zapisy.
O Davidzie Marksie czytamy: „Czytałem jego „Narracje” i zgadzam się z wieloma jego twierdzeniami, szanując efekty, które prawie zawsze towarzyszyły jego głoszeniu, traktowałem jej jednak jako zupełnie nieodpowiednie; ale kiedy usłyszałem go po raz pierwszy... Moje niedowierzanie całkowicie znikło. To był sezon komunijny, a on głosił o ostatniej wieczerzy. Wydawało mi się, że moja dusza jest naczyniem ze łzami. Tłumiłem szloch, aż nie mogłem powstrzymać się od głośnego płaczu. Tak było z innymi.”66
O Johnie Fletcherze napisano: „On był szczególny, kiedy używał tych zachęcających słów, każdy, kto do mnie przychodzi nie zostanie odesłany. Ludzie byli bardzo poruszeni, a nawet wzruszeni. Łzy lały się tak bardzo z oczu biednych górników, że ich czarne twarze były pokryte białymi liniami od łez.”67
I dalej „On głosił wieczorem na temat drugiego listu do Tesaloniczan, rozdział drugi wers trzynasty. Całe zgromadzenie zalewało się łzami. On mówił, jak ktoś, kto był wysłannikiem Boga czy aniołem, a nie człowiekiem.”68
Francis Asbury pisze; „Odszedłem daleko od mojego tematu i właśnie wracałem do teraźniejszości, kiedy przyszła na mnie wielka moc, i setki ludzi upadło na ziemię, a dom sprawiał wrażenie trzęsącego się w obecności Boga. Kaplica była pełna czarnych i białych, a wielu nie mogło wejść do środka. Patrzyliśmy, jak tylko daleko mogliśmy, i widzieliśmy tylko łzawiące oczy. Nie słyszeliśmy nic oprócz jęków i płaczu do Boga i Pana Jezusa Chrystusa.”69
Brak czasu nie pozwala mi wspomnieć Johna Wesley’a, Williama Grimshaw’a, Freeborna Garretsona, Benjamina Abbota i wielu innych nieznanych członków koła metodystów, Danielu Rowlads’ie, Rowlandzie Hillu, Lorenzo Dow, Charlesie G. Finney’u, Asahelu Nettletonie, D. L. Moody’m, A. B. Earle, C. H. Spurgeon, R. A. Torrey, Jonathan Gofotrh, Gipsy Smith. Jakiekolwiek różnice występowały między tymi ludźmi, jedną rzecz mięli wspólną: poruszali słuchaczy do łez.
Ludzie mogą płakać z wielu przyczyn, ale źródło wszystkich leży w jednym: źródło emocji otwierało ich dusze. Byli poruszeni. I to jest jeden z pierwszych efektów dobrego głoszenia. Jeśli ludzie nie są poruszeni 9i łzy nie są wcale niezbędne), nie osiągnie się nic dobrego.
Ale dalej, dobre głoszenie budzi ludzi. Wyrywa ich z beztroski i apatii. Stawia ich twarzą w twarz z rzeczywistością życia lub śmierci wiecznej, z Bogiem, rajem i piekłem, z niepewnością życia i pewnością sądu. Oni prawdopodobnie wiedzieli o tym wcześniej, ale nie myśleli o nich. Teraz nie mogą myśleć o niczym innym. Oni znali te rzeczy wcześniej, ale teraz je czują, jak miecz przekuwający ich dusze. Widzą płomienie wiecznego piekła przed sobą. Słowa stale dźwięczą im w uszach „odeszli ode mnie, teraz są wrzuceni do wiecznego ognia.” Oni drżą. Są szczerze zdeterminowani na ucieczkę od gniewu, który nadchodzi. Kiedyś nie mogli myśleć o niczym innym niż zdobywanie tego świata, teraz nie mogą myśleć o niczym poza wejściem do wąskiej bramy.
Ale zaszedłem za szybko i za daleko. Nie ma żadnego człowieka na ziemi, o którego diabeł by tak zabiegał, jak o nawróconego grzesznika, on zrobiłby wszystko, co może, aby zasiać w jego sercu ziarnko wątpliwości i stracić owoc. I często mu się udaje. Pomimo całej troski i przyjemności życia, konsumpcji świata, te rzeczy często nie mają wpływu na nawrócenie grzesznika. Stają się ważne, dopiero jak ich zaczyna brakować. Grzesznik często jest przebudzony na straszne rzeczy wieczności. To jest esencja dobrego głoszenia. Ono naprawdę przebudza ludzi. Wciąż i wciąż całe społeczności są przebudzone, otwierają się na wspaniałą wieczność, poprzez głoszenie jakiegoś człowieka. Tak, że rzeczy ziemskie, które kiedyś były takie ważne teraz stają się trywialne, denerwujące, a myśli całych populacji są skierowane na Boga.
Kazania Whitefielda były główną przyczyną wielkiego przebudzenia Anglii, Ameryki i Szkocji. O stanie rzeczy w Ameryce w 1740 roku czytamy: „Zmiana postawy wobec religii tutaj jest w całości zaskakująca. Nigdy ludzie nie okazywali takiej woli uczestniczenia w nabożeństwach, ani kaznodzieje nie mieli takiego zapału czy pilności w wykonywaniu obowiązków. Religia staje się tematem większości rozmów. Nie potrzeba innych książek oprócz religijnych i modlitewników. I zamiast miłosnych piosenek czy ballad ludzie śpiewają psalmy, hymny i pieśni duchowe. Wszyscy zawdzięczają to wspaniałym głoszeniom pastora Whitefield’a.”70
Pod wpływem głoszenia Asahel’a Nettleton’a „zainteresowanie zaczęło wzrastać w każdej części miasta, gdziekolwiek pan Nettleton był widziany, jeżeli wchodził do jakiegoś domu wszyscy z sąsiedztwa gromadzili się, aby posłuchać słowa życia. Gospodarze opuszczali swoje pola, mechanicy warsztaty, kobiety zajęcia domowe, aby poznać drogę do życia wiecznego. Religia była wielkim, porywającym wszystkich tematem, prawie we wszystkich firmach, i prawie przy wszystkich okazjach.”71
O A.B. Earle czytamy: „Wkrótce zaczęły się mnożyć nawrócenia, i wielu było zadziwionych, wątpiąc pytali innych: co to wszystko znaczy? Zamiast o wojnie (wojna domowa w 1863 r.) i sytuacji w kraju, które od dawna były podstawowymi tematami, religia stała się celem rozmów na wszystkich rogach ulic, w firmach, zakładach pracy. Wszystkie klasy, ludzie w każdym wieku byli poruszeni, od małego przedszkolaka, po tych z siwymi włosami, którzy tak długo służyli szatanowi.”72
Francis Asbury pisze: „Wielu przychodziło na te spotkania, wracali do domu ożywieni w Bogu, roznosili wieść po sąsiadach, od rodziny do rodziny’ tak, że przez cztery tygodnie kilkaset ludzi znalazło pokój w Panu. Każda rozmowa odbywała się w kręgach, ale rozważając sprawy Boże: nawet narzekania więźniów jęczących pod wpływem ducha zniewolonego strachem, czy radości tych, których przyjęcie ducha nauczyło śpiewać; Abba Ojcze. Nieszczęśliwe debaty pomiędzy Anglią i jej koloniami, które właśnie zaczęły być obecne w naszych rozmowach (to było pisane wiosną 1776), stają się zapomniane, podczas gdy rzeczy o dalece większej wadze staja się bliższe sercu.”73
O Kazaniach Jamesa Haldane’a ze Szkocji czytamy: „Uwaga prawie każdego była skupiona na tym, co nazywali ‘ta ewangelią’. To było rzeczywiście coś nowego dla większości ludzi, zarówno z powodu treści, jak i sposobu przekazywania. Więc generalnie uwaga ludzi była skupiona tak bardzo, że trudno było znaleźć dwie rozmawiające osoby o czymś innym niż religia.”74
Nie często widzimy całe społeczności przebudzone, ale często obserwujemy jednostki pochłonięte przez ewangelię. Oni drżą. Głośno płaczą. Upadają bez tchu na ziemię. Apostoł Jan, kiedy stanął twarzą w twarz z Sędzią kościołów „upadł do nóg jego martwy” (Obj. 1:17). I wielokrotnie tak było, że grzesznicy stali twarzą w twarz z Sędzią ziemi, poprzez kazania kaznodziejów z przeszłości.
John Nelson relacjonuje: „Kiedy Charles Wesley wrócił z Nwecastle, pan był z nim w taki sposób, że filary piekła się trzęsły: wielu sławnych, którzy wspierali królestwo diabła, upadło na ziemię, kiedy on głosił, tak, jakby byli porażeni piorunem.”75
Freeborn Garrettson pisze: „Zebrało się około czterdziestu ludzi; i kiedy mówiłem, moc Pana przyszła w cudowny sposób: prawie połowa z biednych grzeszników upadła na podłogę i błagała o miłosierdzie tak bardzo, że było ich słychać z daleka.”76
Finney pisze: „Zostałem otoczony przez zaniepokojonych grzeszników, czułem się zagrożony, tak, że każdy nerw mi drżał, niektórzy upadali z emocji na podłogę, inni opierali się o ławki, aby zapobiec omdleniom, jeszcze inni krzyczeli, jakby właśnie szli do piekła.”77
Wizja wieczności może podnieść serca grzeszników w i naszych czasach!
Ale dalej, dobre głoszenie potępia grzeszników. To jest blisko związane z przebudzeniem, jest jednak krokiem dalej. Przebudzony uważa się za zasługującego na to. Przebudzony może się bać, potępiony jest zawstydzony.
Finney pisze: „Wiele zła powstało, wiele fałszywych nadziei zostało rozbudzonych, przez nierozróżnianie przebudzonego i potępionego grzesznika.”78
To łatwa rzecz dla przebudzonego, w porównaniu z innymi, dla tego to jest sprawa, pierwszorzędna i jest łatwo to poczuć. Ale potępienie grzechu jest w pierwszym rzędzie z chwały Boga, ale ich to nie obchodzi. Człowiek może się bardzo bać mąk piekielnych, i nadal myśleć, że Bóg byłby niesprawiedliwy, gdyby ich tam posłał. Ktoś taki nie jest przekonany o grzechu, pomimo że jest nawrócony. Czytamy, że wielu ludzi uznaje Boga, podczas gdy Faryzeusze „pogardzili radą Bożą sami przeciwko sobie” (Łuk. 7:29-30). Człowiek, który jest potępiony przez grzech uznaje Boga i potępia siebie. I to jest prawdopodobnie najważniejsza rzecz. Człowiek nie może być nawrócony, kiedy usprawiedliwia się, wybacza swój grzech, i rzadko myśli o sprawiedliwości Sądu Bożego. On może przez strach przed piekłem pozornie uznać wymaganie Boga, ale nie podda się w sercu. Może nie mieć wiary, ani miłości, do Boga, którego uważa za niesprawiedliwego. Dalej Finney pisze: „to prawda, że sumienie zawsze potępia grzesznika i usprawiedliwia Boga... Prawdziwą sprzeczność nie leży między Bogiem a sumieniem, ale miedzy Bogiem a sercem... To serce musi się poddać sumieniu i w pełni zgodzić się na jego prawdę i rację. Sumienie mówiło przez długi czas. Zawsze podtrzymywało jedną doktrynę i długo było tłumione przez serce. Teraz, przy nawróceniu, serce się poddaje i zgadza się na decyzje sumienia, że Bóg jest dobry, i ze grzech i on, grzesznik są całkowicie źli.”79
Człowiek nawrócony czuję winę, przestępstwo, wstręt, niewybaczalność swojego grzechu. Widzi ogrom potęgi grzechu i czuje i uznaje, że jego droga jest zhańbiona. Teraz dobre głoszenie tak potępia grzech. Ci ludzie wspomniani wcześniej, którzy zaakceptowali rady Boga przeciwko im samym (w słowach Jana Chrzciciela), i uznali sprawiedliwość Boga „wszyscy byli od niego ochrzczeni w rzecze Jordan, wyznawając grzechy swoje (Marek 1:5). Jedną z najbardziej charakterystycznych nawróceń pod wpływem głoszenia Jonathana Gofotrha, był a właśnie taka spontaniczne, publiczne, poniżające, łamiące serce wyznanie grzechu. Goforth nie zabiegał o te wyznania, ale tylko głosił słowo Boże dopóki ludzie się nie przekonali o potępieniu za grzech i nie mogli otrzymać pokoju. Oni musieli mówić, albo spłonąć.
Pod wpływem głoszenia Freeborna Garrettsona, „Ludzie znani ze swej podłości, przychodzili przeklinając go, tak mi o tym opowiadał, ale po pierwszym zażegnaniu konfliktu ich grzechy upadły, tak, ze czuł ich wagę niczym wielki głaz. On mówi: „mógłbym uciec, ale bałem się postawić krok, z aby nie wpadli do piekła, którego widok ukazywał się w mojej wyobraźni. I nie widziałem sposobu na ucieknięcia od niego. Cały czas myślałem, ze musze upaść, ale zmuszałem się do siedzenia na krześle.”80
Pod wpływem głoszenia Abbota: „Innym przykładem była kwakierka, która wróciła z kazania głęboko poruszona, z takim cierpieniem w umyśle, że nie zwracała uwagi na jej rodzinę, nawet na płaczące dziecko. Wcześnie rano zostałem tam posłany: kiedy dotarłem na miejsce ona siedziała z obiema rękoma zaciśniętymi we włosach, płacząc: ‘Panie, miej miłosierdzie nade mną! Zbaw mnie panie, albo zginę! Pójdę do piekła!”81
A teraz całe pokolenia umierają bez oglądania takich rzeczy.
Ale dalej, dobre głoszenie nawraca ludzi. Zmusza ich nie tylko do wyznawania grzechów, ale także do porzucania ich. Zmusza ich do porzucania świata, poddania się Bogu, i do dołączenia się do jego ludzi. Pismo mówi nam, „a Pan przydawał zborowi na każdy dzień tych, którzy mięli być zbawieni” (Dz. ap. 2:47). William Bramwell pisze: „Błogosławiliśmy każdy dzień, i codziennie byli nowi zbawieni”82. I to był fakt ze służby wielu, z klasy, do której Bramwell należał, najbardziej owocnych kaznodziejów wczesnego kościoła Metodystów.
Zauważamy, że pisma cytują, że co nawróceni są przydani kościołowi, dodani. I oni nie wykonywali łatwego rzeczy, bazującej na prostej i słabej ewangelii i prawie nikt o nich później nie słyszał. Prawdziwie nawróceni są dodani do kościoła. Apostolskie kościoły „przybywały w liczbie na każdy dzień” (Dz. ap. 16:5). Dzisiejsze kościoły upadły niżej standardu, w który wierzyć dawno temu. Teraz nic z tych rzeczy nie jest standardem Słowa Bożego, i nic nie powinno nas zadawalać. Dobre głoszenie wykreuje prawdziwe nawrócenia, i kościoły będą przybywały w liczbie na każdy dzień. Nie ma prawdziwszego testu na dobre głoszenie niż to.
Musimy zaznaczyć tutaj, że kiedy nawrócony jest „dodany do kościoła”, to nie może tylko znaczyć, że jego imię jest wpisane na listę członków. Jest ogromna liczba kościołów, które szczycą się ogromną liczbą członków i nawróconych. Ale kiedy sprawdzamy ich ostatnie zapisy, musimy stwierdzić, że to jest powód do wstydy, a nie do radości. Na pierwszym miejscu z tysięcy nawróconych, których ogłasza się, co roku, tylko niewielka liczba jest ochrzczona czy dodana do listy członków kościoła. To jest wystarczająco złe, ale co gorsze, wśród tych, których nazwiska są dopisane do list są tysiące, które rzadko uczestniczą w niedzielnych spotkaniach. Największe z tych kościołów, które szczycą się 67 000 członków, mają średnio 18 000 uczestników spotkań. A tysiące z nich nie należą do kościoła. Tam figurują tylko ich imiona. Oni nie są „żywymi kamieniami, z których zbudowany jest duchowy dom.” Oni nie są żywymi kamieniami. Oni nie są nawróceni. Oni nie są zbawieni. Bóg dodaje do kościoła tylko zbawionych.
W końcu dobre głoszenie buduje kościół. To jest zadanie wszystkich kaznodziejów, włączając ewangelizatorów. Pismo św. Mówi: „I tenże dał niektóre apostoły, a niektóre proroki, a drugie ewangelisty, drugie też pasterze i nauczyciele. Ku spojeniu świętych, ku budowaniu ciała Chrystusowego” (Ef. 4:11-12). Święci muszą być zbudowani, aby mogli się angażować w służbę Panu. Budowanie sprawia, że oni mogą zdobywać dusze. Dzieje apostolskie 9:31 mówią, ze kościoły budowały się i chodziły w bojaźni Pańskiej, a przez pociechę Ducha Świętego rozmnażały się. Rozmnażanie idzie w parze z budowaniem. I znowu dochodzimy do tego, że rezultatem dobrego głoszenia będzie zwiększanie liczby członków. Dzieje 16:5 mówią: „A tak się zbory utwierdzały w wierze i przybywało ich w liczbie na każdy dzień.” Prawdziwe budowanie, utwierdzanie w wierze poprowadzi do rozmnożenia wierzących. To musi być najprawdziwszy test dla kaznodziei.
To są pozytywne efekty dobrego głoszenia. Ale jest też druga strona. Dobre głoszenie dzieli ludzi. „Bom przyszedł”, powiedział Chrystus, „abym rozerwanie uczynił między synem a ojcem jego, i miedzy córką a matką jej, także między synową a świekrą jej, i nieprzyjaciółmi będą człowiekowi domownicy jego.”(Mat. 10:35-36). Kiedy głosił, „stało się rozerwanie dla niego między ludem” (Jan 7:43). Kilka razy słyszałem, że określone doktryny czy kaznodzieje nie są od Boga, bo dzielą kościoły. Tak może być, jeżeli dzielą pobożne i święte kościoły. Ale na tym świecie jest wiele fundamentalnych kościołów, które desperacko potrzebują podziałów. One są mieszanką świętości i nieświętości, czystych i nieczystych, zbawionych i zgubionych. Dobre głoszenie szybko ich podzieli. Wypełni prawdziwych świętych radością i błogosławieństwem. Spuszczą oczy, położą całe życie przed takim kaznodzieją. Ale to sprowokuje wrogość, gniew, wściekłość bezbożnych, szczególnie nie nawróconych członków kościoła. A ci bardziej uduchowieni, bardziej szukający, im bardziej wypełniony mocą jest ten, który głosi na pewno wywoła wrogość bezbożnych. Whitefield przebudził i nawrócił tysiące grzeszników, ale wszystkich, gdy mówił o pijackich pieśniach, nieczystych żartach, czy bohaterach kolorowych magazynów. Taki sam był Wesley, Spurgeon. Ale teraz mamy nową generacje kaznodziejów, pokolenie niedrażniących nikogo, zadawalające wszystkich, ale nie robiące nic dobrego. Takie łagodne głoszenie nie jest dziełem ducha świętego. Dobre głoszenie dzieli ludzi.
Ale dlaczego takie głoszenie jest tak rzadkie? Na pewno taka sytuacja jest zła. Największa wina leży w płytkości i obojętności kościołów. Stanie, który przenika kaznodziejów i wiernych. Ale jest coś ważniejszego. Jest wielu wierzących, oddanych ludzi, którym brakuje mocy Bożej. Oni są jak Dawid w zbroi Saula.
Jest coś złego w tym, w jaki sposób ludzie przygotowują się do służby. Ludzie chcą, aby ich kazania były nauką i rozkazem a kaznodziejom brakuje pierwszej umiejętności służby Panu. John Angell James pisze: „Niekompetentna służba jest ciężarem, tak jak niekonsekwentni są dyshonorem dla każdej części kościoła, i przeszkodą w szerzeniu ewangelii w świecie. Słuchając wielu z nich, można się zastanawiać jak do ich serc mogła przyjść myśl i przekonanie o bożym powołaniu, do którego nie posiedli nawet podstawowych umiejętności oprócz pobożności.”83
Finney pisze: „Jest faktem, nad którym kościół ubolewa, że pobożność młodych ludzi cierpi tak bardzo w wyniku ich edukacji, że kiedy oni zaczynają służbę, jakkolwiek nie byliby silni intelektualnie, są w stanie duchowego niemowlęctwa. Oni chcą wychowywać, ale to raczej oni potrzebują być karmionymi, niż mogą karmić kościół Boży.”84
I dalej: „Mam powody, aby uważać, że kościoły w wielu miejscach są w głębokim cierpieniu, chęci pobożności i wzrostu służby. Ich słudzy są intelektualnie, literacko, filozoficznie, teologicznie rozwinięci, ale są niewystarczająco pobożni. Mają bardzo mało mocy Bożej. Wymagają górnolotnych umysłów słuchaczy, ale nie trafiają do serc. Nawrócenia tracą z powodu ich głoszeń. Oni mówią mądrze bardziej niż duchowo o ewangelii.” 85
To jest prawda! Szkoły uczą czytania i pisania, ale nie zrobią z nikogo człowieka Bożego. Bóg w większości nie działa przez pisma i mówienie, ale przez proroków. I bóg nie powołuje proroków ze szkół ludzkich, ale z natury. Jan Chrzciciel „był na pustyniach aż do onego dnia, którego się okazał przed Izraelem” (Łuk. 1:80). Mojżesz, pomimo, że znał wszystkie mądrości Egipcjan, i buł potężnym człowiekiem w mowie i uczynkach, i pomimo, że prosił Boga o działanie, musiał odejść na pustynie na czterdzieści lat. Kiedy się pojawił, jak Jan Chrzciciel, prorok Boga. TO JEST WIELKA POTRZEBA DZISIEJSZEGO KOŚCIOŁA. My nie chcemy wielebnych ani doktorów, ale PROROKÓW. Nie chcemy mądrości ludzkiej, ale mocy Bożej. Nie chcemy człowieka wyposażonego w cielesna broń, retorykę czy elokwencję, ale człowieka powołanego przez Boga do poruszania bastionów. Nie chcemy ludzi wykształconych mądrymi słowami i doskonałego w mowie, ale kogoś, kto mówi językiem ognia. I w końcu szkoły biblijne ich nie wykształcą. Jeśli by mogły, mielibyśmy teraz multum dobrych kaznodziejów.
Co sprawiało, że dawni metodystyczni głosiciele mięli tyle mocy Bożej? Ogromna większość z nich była, jak apostołowie, „ignorantami, niewykształconymi ludźmi.” Oni nie mięli szkół biblijnych.
Peter Cartwright pisze: „Przypuśćmy, że teraz pan Wesley musiałby czekać na literacko czy teologicznie wykształconą grupę kaznodziejów zanim zacząłby swą wielką pracę. Co Metodyzm miałby wspólnego z Wesley’em? Przypuśćmy, że metodystyczny Kościół Episkopalny w Stanach był w potrzebie oczekiwania na ludzi wykwalifikowanych. Jaki byłby dzisiaj? Pomimo wszystkich uprzedzeń Wesley’a, on przewidział, co osiągnie swoją pracą, którą Bóg dla niego przygotował. On musi oddać wspaniałą mądrość Jahwe, i posłać swych kaznodziejów, aby przebudzili zagubiony świat. Jeśli biskup Asbury czekałby na wykształconych ludzi, niewierni opanowaliby całą Amerykę.”86
Rozważając na temat amerykańskich metodystów pisze: „... Przez około sześćdziesiąt lat, więcej niż milion członków wyrosło i połączyło się we wspólnocie Metodystycznego Kościoła Episkopalnego w Stanach; a to wszystko przez pracę niewykształconych ludzi. Możliwe, że wśród tysięcy podróżujących i lokalnych kaznodziejów zaangażowanych w świętą pracę zbawiania dusz i budowaniu kościoła, nie było pięćdziesięciu, którzy mięli coś ponad podstawową edukacją języka angielskiego. A żaden z nich nie uczestniczył w szkołach Biblijnych.”87
O setkach z tych pionierów dawno zapomnieliśmy. Oni są „niewykształconymi ignorantami”, którzy nie pozostawili żadnych pism ani biografii. Ale kiedy żyli, nosili chwałę Bożą i ognie przebudzenia, gdziekolwiek szli. O jednym z takich ludzi wiemy: „On był ucieleśnieniem swoich słów, i z gorącą duszą wylewał swe życie, aż serca nie został poruszone. Często widzieliśmy ludzi przygnębionych jego słowami, jak drzewa po burzy. I to robiło nieodparte wrażenie. Utwierdzaj serce z całej siły. Wezwij całą swoją filozofię i stoicyzm, i umocnij swą duszę do żelaznej wrażliwości i wytrzymałości, otoczonej wałem obronnym z najmocniejszych uprzedzeń, światła jego elokwencji, opakowanej w głębokich, okropnie wysublimowanych w brzmieniu słowach, które wychodziły płonące z jego duszy, i które poskromiłyby twoją zatwardziałość i złamałyby każdą fortyfikację, a łzy wypływałyby z głębokiego źródła twojej duszy, bujne jak deszcz. Jedyną droga ucieczki od jego mocy było unikanie jego obecności.”88
Obok wczesnych metodystów, być może nikt inny nie miał takich owoców dobrego głoszenia jak wcześni prezbiterianie kumberlandcy. To denominacja powstała na przebudzeniu. Przebudzone dusze płakały za chlebem życia. Zbiory były rzeczywiście wielkie, ale robotników było niewielu. Pisma i kazania prezbiterian nie były ścieżkami niewykształconych. Ale było kilku pomiędzy nimi, którzy dbali o dusze bardziej niż o inne obowiązki; i przez negatywne nastawienie innych przeciwko ‘niewykształconej służbie’ postanowili zatrudniać niewykształconych, którzy byli ewidentnie podarowani przez Boga na służbę światu. Opozycje się umacniała, i w końcu, po próbach przelania nowego wina do starych butelek, zostali wyrzuceni i stworzyli Kumberlandzki Kościół Prezbiteriański. Ci przywiązani do kształcenia służby, byli zmuszeni zatrudnić niewykształconych. Aby się utwierdzić w swej słuszności prowadzili studia, i młodzi ludzie czytali w nich swe książki podczas jazdy, kiedy głosili. W międzyczasie szerzyli ewangelię po całym kraju. Nie chcieli jechać do wielkich miast, ale wyruszali na zachód, za emigracją, aby głosić ewangelię tam, gdzie była najbardziej potrzebna.
”Ile heroizmu trzeba było, aby założyć nowy Kościół! Nie było pastorów, pensji, możliwości zdobywania zaszczytów. Trzeba było podróżować na koniu, przez pustkowia, do domów pionierów i ich nowych osad; przeprawiać się przez rzeki i spać pod gołym niebem; być głodnym i półnagim; należeć do drżącego małego kościoła, którego nauki i praktyki były często przeinaczane, tak jak się dzieje po dziś dzień. Głosili w drewnianych chatkach, wśród tych ludzi obozujących tam do wiosny, i pracowali w dzień i w nocy, aby zgubiony człowiek mógł zostać zbawiony, i aby nowe ziemie nie były oddane niewiernym. I po tym wszystkim umierali w biedzie i samotności, taka była przyszłość pierwszej generacji kaznodziejów.”89
O jednym z takich kaznodziejów czytamy: „McDonnold był improwizującym mówcą i nie pozostawił żadnych pism. Starzy ludzie opowiadają, że kiedy przychodził z lasu (to było ówczesne miejsce modlitwy) i stawał przed ludźmi, często był biały jak ściana. Kiedy zaczynał kazanie, wylewając słowa i ognie na nich, była tylko jedna droga ucieczki, biec szybko jak się dało, jak najdalej. Wielkie rzeczy słyszymy na temat jego przemówień. Ludzie mówią, że on często dawał im do zrozumienia, że dzień sądu już nadszedł.90
Och, kochani! To jest ten rodzaj głoszenia i głoszących, których chcemy. Nic innego. Wielu grzeszników tej ziemi, beztroskich, bezpiecznych, nie potępionych, którzy cały czas są wrzucani do ognia wiecznego. A nasze ubogie, nieserdeczne, głoszenie bez łez nie może ich obudzić, nie może ich nawrócić. Jak bardzo potrzebujemy chrztu duchem Świętym! Jak potrzebujemy łez!
Ale szkoły ludzkie nie mogą nam tego dać. Tak długo jak omijają ten temat, tak długo stoją daleko od celu. Szkoły ludzkie celują przede wszystkim w przygotowanie umysłu. Bóg przygotowuje serce. W dzikim środowisku, na pustyni, w jakimś nieznanym zakamarku ziemi, z dala od zatłoczonych dróg, od centrów życia i nauki. Bóg przygotowuje serca swoich proroków. Z dala, na stoku gór podążając za nowymi owcami, Bóg przygotowuje człowieka przez serce, aby prowadził jego lud Izraela.
Umysł może być kulturalny i niekulturalny, wykształcony i niewykształcony. Bóg może użyć wykształconego i kulturalnego Johna Wesley’a, czy ignoranta George’a Whitefield’a, albo człowieka urodzonego na polu Gipsy Smitha, który nigdy nie był w szkole. On może używać doskonałego mówcę Finney’a, czy znawcę słów Moody’iego. Rzeczywiście, nie możemy mieć wątpliwości, że woli używać słabych czy wzgardzonych; większość najwspanialszych mówców było niewykształconych, tacy byli też apostołowie. Oprócz Pawła. Teraz Bóg może używać także uczonych, których serce i duch są prawe. Edukacja, czy jej brak nie mają wpływu na wartość głosiciela.
Często słyszymy, że trzeba się uczyć, jeśli chcemy trafić do mądrych. Ale nauki biblijne są temu przeciwne i potwierdzają to fakty historyczne. Moody (który na początku swojej pracy ledwo czytał) „pewnego dnia spełniał wielką misję w Londynie, miał spotkanie w teatrze z najbardziej dobraną publicznością. Nobliwi panowie i panie przybyli licznie. Prominentni członkowie rodziny królewskiej siedzieli w swych lożach. Moody zaczął swoją lekcję o pismach. Rozpoczął od Łukasza 4:27: „I wielu było trędowatych za Elizeusza proroka”, kiedy doszedł do tego imienia zająknął się i zatrzymał nad nim. Powrócił na początek wersu, ale znowu, kiedy doszedł do słowa Elizeusz, nie mógł go wymówić. Więc spróbował trzeci raz, ale znowu mu się nie udało. Zamknął Biblię i powiedział ‘O Panie, użyj tego jąkającego języka do głoszenia Chrystusa ukrzyżowanego za tych ludzi’. Moc Boża spłynęła na niego, a ci, którzy słyszeli go wtedy i słyszeli go innym razem powiedzieli mi wtedy, że jeszcze nigdy Moody nie wylewał swej duszy z takim drżeniem i elokwencją jak wtedy, i cała publiczność była poruszona mocą Bożą.”91 –
Można przytaczać wiele takich przykładów, ale ograniczę się do tego: „ George W., wielki prawnik z Cincinnati, uczestniczył w spotkaniach odnowy prowadzonych przez pastora Hayes’a, mój przyjaciel, zagorzały w obnażaniu błędów religii, ale w czasie spotkania George nawrócił się do Boga.
Brat Hayes zapalał w nim płomień ewangelii wiele razy, aż w końcu udało mu się. Wszyscy chcieli poznać instrumenty, których Pan użył do jego nawrócenia.
Na spotkaniu był człowiek, który się nazywał Bud Thomas, który był nazywany idiotą, ale był bardzo pobożny i żył między ludźmi.
George opisując okoliczności swego zbawienia powiedział: „Chodziłem na te spotkania przez kilka dni, jako niewierzący, ale kiedy usłyszałem Buda Thomasa mówiącego tak jasno i z takim przekonaniem o swojej matce będącej w niebie, jak ona się modliła za swojego biednego, chorego chłopca, i jak bardzo on kocha Jezusa, i o jego jasnych nadziejach spotkania jego drogiej matki w niebie, zacząłem płakać i zobaczyłem jego proste doświadczenie prawdy i piękno jego religii z taką jasnością, że moja niewierność odeszła jak poranna mgła przed wschodem słońca.”92
Takie było nastawienie autora, który opisuje ten przykład, że na następnej stronie pisze, że umiejętność pisania jest wszystkim, czego potrzebujemy!
Wielkie kwalifikacje dobrego kaznodziei nie leżą wcale w jego głowie, ale w jego sercu. Wspaniały Gipsy Smith pisze: „Głosiłem jednej nocy w wielkim mieście na zachodzie. Na zakończenie, pewien starszy brat podszedł do małego pokoiku, gdzie siedziałem sam. To był ten dzień, że ten siwowłosy brat czekał na swego Pana. Przyszedł do pokoju, podszedł do mnie i położył ręce na mojej głowie. Myślałem, że chce mnie błogosławić, zatrzymałem się na moment z zamkniętymi oczyma, czekając na błogosławieństwo. Czekałem na modlitwę, ale on tylko dotykał mojej głowy. Zaciekawiłem się i powiedziałem: „O co chodzi?” Odpowiedział: „Próbuję znaleźć sekret twojego sukcesu.” Odpowiedziałem: „Dotykasz za wysoko”. I wskazałem na moje serce. „To nie jest w głowie. Ten sekret leży w sercu””93 Powinniśmy więcej mówić o wielkim sercu tego wspaniałego człowieka. Można się uśmiechnąć nad głupotą starego sługi, który chciał poznać sekret głoszenia za pomocą dotyku. Ale nie możemy się śmiać z głupoty szkół biblijnych, które próbują kreować kaznodziejów przez naukę. Nad tą ignorancją możemy tylko płakać.
Sekret w rzeczywistości leży w sercu. Jakie serce powinniśmy mieć, aby dobrze głosić? Bez udawania, że wyczerpiemy temat musimy przyznać, że trzeba mieć pełne serce, ono musi płonąć, musi być złamane.
Pełne serce. Zauważ, że nie mówimy pełny umysł. To jest ogromna różnica. Człowiek może mieć umysł wypełniony prawdą i nie robić nic dobrego dla siebie ani dla innych. On może chować prawdę w sekciarskiej bigoterii. Może ją chować w nieprawości. Może znać prawdę i nie żyć w niej. Ale jeśli żyje w prawdzie, ona jest w jego sercu. Wtedy kroczy w niej. Wtedy Zbawiciel wypełnia całe jego życie. Bo z serca żywot pochodzi (Przyp. 4:23)
Kiedy tłumaczono Eliasza synowie proroka mieli taką samą wiedzą jak Eliasz. Ale oni to mieli w głowie, a on w sercu. Ale ich wiedza nie miała na nich żadnego wpływu. Wiedzieli, że wielki prorok pędzie pewnego dnia zabrany, ale się nie przejmowali. Nie przejmowali się tym, aby zobaczyć to, co przeszło. To była całkiem różna postawa. On mówił: Kiedy Pan odejdzie, i kiedy dusza odejdzie, mnie tu nie będzie! On wiedział więcej niż synowie proroków, bardziej się interesował. Oni mieli prawdę w głowach, a nie w sercach. Oni byli studentami teologii. Eliasz był prorokiem.
Ale przyjmijmy, że mamy odpowiednie wykształcenie, to nie znaczy, że mamy się godzić na aprobatę czy ochronę ignorancji. Cenimy wiedzę, pod warunkiem, że to jest właściwa wiedza, wykorzystywana właściwie. Umysł pełen psychologii i retoryki i „sztuki odgrywania”, nie może być uznany za wartościowy. Ale serce wypełnione sprawami Boga, jest wartościowe i ważne. Ale szkoły tego nie nauczą. Możemy faktycznie nauczyć się słów z pisma. Ale otrzymanie ducha i mocy jest oddzielną kwestią. I to właśnie rozumiemy przez wypełnione serce.
Zauważyliśmy, że człowiek może być bardzo pożyteczny, jeżeli jest szczery i żarliwy, pomimo, że ma bardzo małą wiedzę. I to jest prawda, ale ma swoje granice. Pisząc (w 1860 r.) o wielkim przebudzeniu, które nadeszło nad Irlandię w 1859 roku C. H. Mackintosh twierdzi: „Początek tego ruchu bierze się z klasy ludzi, którzy przodowali w pracy, szczerych ludzi, bez wątpienia już wcześniej nawróconych do Chrystusa, wypełnionych głębokim poczuciem wartości nieśmiertelności duszy, szukających innych prawdy, których nie znali. Ci ludzie, jakkolwiek używali Boga, nie udowodnili sprawności instrumentów w ważniej pracy podbudowania dusz. Oni wypełnili miejsce w momencie, gdy Duch przegrywał. Ale oni nie wydają się nieobecni, kiedy on wygrywa.”94 Takim człowiekiem był Paweł po nawróceniu. On natychmiast zaczął głosić wprawiając tym Żydów w zakłopotanie. Najpierw jego głoszenie było ograniczone do małego zasięgu, ale potem trzeba je było zanieść do Arabii, Tarsu, żeby pojawiła się kiedyś w sercach bogatych w objawienia.
„Gdyż z obfitości serca usta mówią, dobry człowiek z dobrego skarbu serca wynosi rzeczy dobre” (Mat. 12:34-35) Tu jest pierwszy powód sukcesu dawnych kaznodziejów. Oni mieli pełne serca i z tej pełni mówiły usta. Oni nie studiowali komentarzy czy ksiąg kazań, przepisując właściwe ilustracje do własnych. Nie było takiej potrzeby, a i tak z wierzących wypływała rzeka życia. Ich serca były pełne, i oni nie mogli stać spokojnie przed grzesznikami bez słowa. O tym John Newton Pisze: „Wierze, mój drogi przyjacielu, że gdyby nasze myśli były wystarczająco napełnione tematami ewangelii, byłoby trudno słuchać kazania. Jestem pewien, że gdyby zarówno ja jak i moi słuchacze umarlibyśmy i stanęlibyśmy przed Panem w momencie, kiedy kończyłem kazanie, jak mało powinienem zajmować się drobiazgami i układaniem stylu! Moje serce nauczyłoby moje usta, moje myśli byłyby za ciężkie, za duże na słowa, które bym mówił. Jest możliwe, że znalazłyby najwłaściwsze słowa, które znałem, czekając na ich użycie.”95 Później mówi „ Jak dotąd mogę osądzać siebie, rzadko udawało mi się lepiej, niż, kiedy w pośpiechu i w braku czasu nie mogłem mówić bez pięciominutowego przygotowania. Czasami, nie byłem przekonany do mojego tekstu, na pięć minut przed głoszeniem.”96Nie uważam Newtona za jednego z większych głosicieli, jego styl nie był równy treści. Mimo to był dobrym i owocnym kaznodzieją, a jego serce często przemawiała przez usta, on nie miał potrzeby przygotowywania kazań.
Wspomniałem już o tum przy Whitefied’ie, jednym z wspanialszych kaznodziejów, on też nie przygotowywał kazań. On sam mówi: „Najlepsze przygotowywanie niedzielnego kazania to głoszenie codziennie.”97 On faktycznie głosił codziennie, często dwa razy, zawsze po dwie godziny. I to wszystko bez przygotowania z bogactwa serca. Słyszano go stojącego przed oziębłymi grzesznikami. „Wiele takich refleksji przychodziło mi do głowy. Na początku błogosławiony przez Pana, który raduje się jego siłą w wątłym ciele, nie ważne, co powiem, ale co usłyszą ludzie. Moje serce jest pełne nowego wina. „Z pełni mojego serca mówią moje usta”. Widzenie tak wielu ludzi stojących przede mną, zmysł nieskończonej chwały Boga, którego imię głoszę, który mnie rozliczy. I nieważne, czy wyjadę następnego dnia, i już nigdy do was nie będę mówił: te rozważania, szczególnie o obecności Boga, którą czuję w sercu, dodaje mi sensu, że ledwo wiem gdzie zacząć, czy gdzie skończyć moje przesłanie.”98 Whitefield ani nie nudził słuchaczy, co było udowodnione faktem, że tysiące ludzi przybywało na jego kazania codziennie, przez trzydzieści lat. Ci, którzy zanudzali słuchaczy, są tymi, którzy głoszą prawdę z drugiej ręki, z komentarzy czy książek.
O Howell’u Harrisie czytamy: „setki razy zaczynał głosić bez pomysłu na to, co miał mówić. Mówił, opowiadając stare i nowe rzeczy przez cztery godziny. To prawda, że znamy przypadek głoszenia przez sześć godzin bez przerwy”99 Jego głoszenie było takie popularne, że zaczynając od niczego w 1736 do 1739 zorganizował setki nawróconych w ponad trzydzieści społeczności.
O Gipsy Smith czytamy: „Nigdy nie wiedział przed wejściem na mównicę, czy jego życiowa historia była ogłoszona, co będzie tematem. Często na zapleczu mówił, „Co ja dzisiaj zrobię?” Patrzył na społeczność, próbował rozpoznać sytuację, i bardzo często, nawet, jeżeli miał jakiś tekst, często omawiał temat, wcześniej nie przemyślany”100
Charles G. Finney pisze: „Kiedy zacząłem głosić, i przez jakieś dwanaście lat służby, nie napisałem nawet słowa. Najczęściej głosiłem bez żadnego przygotowania, poza tym, jakie miałem w modlitwie. Często szedłem do pulpitu nie wiedząc, co powinienem mówić. Otwierałem Biblię, aby mi podpowiedziała tekst, i tak powstawał temat w mojej głowie. I w żadnej innej części służby nie głosiłem z taka mocą.”101
Na ten temat można napisać osobną książkę. To jest dowód, że oni głosili z wypełnionych serc. Myślę, że to także dowód, że wiele z dzisiejszych kazań nie pochodzi z serca. To może być prawda, ale na pewno nie jest ona zapisana palcem Bożym w sercu kaznodziei, to list prawdy bez jej ducha i mocy, prawda znana w umyśle, ale tak mało jest jej w sercu. Słowa zimne, suche i bez mocy. Nie niosą świeżości i ciepła z serca, i dlatego nie wykonują swojej pracy.
Płonące serce. To jest blisko związane z ostatnim punktem, ale ja wierze w istniejące różnice. Płonące serce, to nie tylko takie, które jest wypełnione prawdą, ale które nią płonie. To gorliwe serce, które czuje prawdę, którą nosi. Jestem przekonany, że więcej zależy od tego niż od innych rzeczy To jest stopień, który pozwoli pójść dalej niż to, co jest określone jego mocą. To żarliwe głoszenie jest mocne. To płonące serce sprawia, że głoszenie jest żarliwe.
Jan Chrzciciel, prawdopodobnie największy człowiek i największy kaznodzieja, który kiedykolwiek stąpał po ziemi płonął i świecił jasnością. Światło, które nie płonie, nie jest żadnym światłem. A co płonie, jeżeli nie serce? Ci, którzy słuchali Chrystusa wykładającego pisma mówią: „Izali serce nasze nie pałało w nas, gdy z nami w drodze mówił, i gdy nam pisma otwierał?” (Łuk 24:32)
Wśród wszystkich kaznodziejów, których możemy wspomnieć, być może nie znajdziemy lepszego przykładu płonącego serca niż Gipsy Smith. Harold Muray pisze: „Kiedy po raz pierwszy widziałem go na spotkaniu i zobaczyłem łzy spływające po policzkach, kiedy opowiadał historię, która wzruszyła słuchaczy, zastanawiałem się. To mogła być pierwszorzędna gra. Ale nie była. Przyszedł czas, kiedy widziałem go zachowującego się dokładnie tak samo, kiedy nie było tłumu. Widziałem go płaczącego, kiedy był sam, w lesie, gdzie się urodził. W miejscu, gdzie zmarła jego matka. Nie mógł powstrzymać łez, kiedy myślał o przeszłości, o tych, których kochał, o umierających chłopcach, którym świadczył we Francji.”102 Gipsy Smith czuł rzeczy i sprawiał, że inni też czuli. „On zdobywał ich nie przez błyskotliwość i umiejętności teologiczne, ale przez to, że był sobą i mówił o własnych uczuciach.”103
O Johnie Fletcherze wiemy, że: „Modlitwa, chwalenie Boga, miłość i zapał, wszystko to gorliwie, wysoko ponad tym, co można by myśleć, że jest możliwe do osiągnięcia, gdzie każdy element stale żyje. I tak jak innych, jego zawodem było wołanie, błaganie i namawianie do wstąpienia w chwałę i błogosławieństwa. On miał dużo czasu. Języki, sztuka, nauki ścisłe, gramatyka, retoryka, logika, nawet teologia wszystko to odchodziło, kiedy pojawiał się na sali ze studentami. Jego bogate serce nie kazało mu milczeć. On musiał mówić, a oni byli bardziej chętni słuchać jego słowa niż uczyć się o Wergiliuszu, Cycero, czy rzymskiej i greckiej historii, poetach czy filozofach, które kazano im czytać. I oni słuchali sami, zanim zalali się łzami, ich serca zapalały się i płonęły dusze.”104
Tu właśnie leży właściwa metoda na wyrażanie prawdy. Musimy rozpalić ludzkie serca. I w związku z tym musimy najpierw rozpalić własne. Teoretycy zalecają określoną organizację i aranżację naszych materiałów, aby ludzie lepiej je zapamiętali. Ale to nie zadziała. Pozwólmy komuś, kto stosuje te metody sprawdzić to na jego własnych słuchaczach, i sprawdzić, co oni zapamiętają z jego kazania po mniej więcej tygodniu. On będzie bardzo rozczarowany rezultatem. Ale prawda, która dociera do serca nie może być zapomniana. To nie starannie zebrane gałązki ogrzeją ludzi, ale ogień. To nie starannie wyszukane doktryny uwagi czy podziały rozgrzeją serca, ale ogień. Nie ma porządku, który wykona pracę Boga w duszach ludzkich. To, czego chcemy, to chrzest w Duchu świętym i ogniu. Chcemy płonących serc.
Spurgeon pisze, „Nie wierzę, że Bóg, Duch Święty dba o najmniejszy szczegół twojej kompozycji. Nie sądzę, że Pan przywiązuje jakąkolwiek wagę do twojej retoryki, poezji nawet do wspaniałej przedmowy do wykładu. Nawet nie przez wspaniałe zakończenie Bóg zbawia grzeszników. Jeżeli jest ogień, życie i prawda w kazaniu, wtedy Duch będzie pracował przez nie, ale nie przez nic innego. Bądź szczery, a nie będziesz musiał być elegancki.”105
Gdzie indziej mówi: „To jest straszna praca, kiedy słucha się kazania, i czuje się jakby się siedziało w środku burzy śnieżnej w igloo, czystym, ale przemarzniętym, uporządkowanym, ale umierającym. Powiedziałeś sobie: to jest dobrze podzielone i zaplanowane kazanie i nie wiem, co jest z nim nie tak. Sekretem w tym miejscu było to, że mieli drzewo, ale nie ogień do podpalenia... My wolimy kazania, w których może nie ma talentu i głębokiej myśli, ale przynoszą świeżość i rozpalają serca.”106
Wcześniej opisywałem młodego człowieka, który słyszał Georga Whitefielda, i potem przez tygodnie razem nie mogli myśleć o niczym innym niż „o nadchodzącym gniewie, o gniewie, który przychodzi!” To nie psychologia czy retoryka to sprawiły, ale płonące serca, płynące łzy.
Inny pisze: „We wrześniu 1741 poszedłem posłuchać pana Whitefielda w Glasgow. Kilka z jego pierwszych kazań odnowiły moje postrzeganie świata. Ale to, które wygłosił we wtorek, tuż przed odjazdem poruszyły moje serce.”107 Czy dzisiejsze organizacje kazań docierają do serc? Czy literackie dygresje to robią? To nie jest owoc żadnych teoretycznych zasad, ale serca, języka ognia, mówienia z głębi serca.
Jako o niezapomnianych kazaniach Thomas Rankin wspomina pierwszy raz, kiedy słyszał Whitefielda. „Pamiętam więcej z tego kazania niż jakiegokolwiek innego, które słyszałem w życiu.”108
Ale muszę dodać inną obserwację. To nie jest cel głoszenia, aby wypełnić umysł prawdą, ale aby poruszyć serce, dać duszy ducha i moc tych prawd. To jest taki moment, kiedy przesłanie twojego kazania będzie zapamiętane, wrośnie w serca słuchaczy. Jeśli dusze zostaną zbawione, a święci umocnieni i uduchowieni. O Whitefield’ie i jego kazaniach Cornelius Winter pisze: „Pomimo, że straciłem wiele z jego przesłania, zbawienie nadal działa.”109
Peter Cartwright podobnie pisze o Henry’m Bascom’ie: „Krzyczałem. Mój przyjaciel, który zawsze był przy mnie zawołał ‘obawiam się, że nie dam rady, odchodzę’ Trudno powiedzieć, bo ja zapamiętałem wykład jako wspaniały, ale nie mogłem sobie przypomnieć niczego.... Przyjaciel powiedział ‘on zabrał mi moją duszę, potrząsnął i odłożył na miejsce bez nadania nowego sensu’ wydaje się, że mięliśmy podobne doświadczenie.”110 Jak możemy przypuszczać było tam dobre głoszenie, ale żadna nowa prawda nie dotarła lub treść została zapomniana. Ale zbawienie nie zostało zapomniane, dotarło do serc.
Inny przykład tej samej rzeczy jest dziełem Henry’ego Moorhouse’a głoszącego przed Moody’m. Moorhouse był niewykształconym człowiekiem, który nie wiedział nic o retoryce, ale głosił z całego serca. Poszedł do Kościoła Moodiy’ego w Chicago i głosił przez siedem nocy na temat Jana 3:16. Moody’ego nie było przez pierwsze dwa wieczory. Kiedy wrócił poprosił żonę, aby mu opowiedziała. Odpowiedziała ‘myślę, że go polubisz, chociaż głosi trochę inaczej niż ty.” ‘Jak?’; „Mówi grzesznikom, że Bóg ich kocha’ Powiedziałem: ‘Myli się’. A ona: ‘Myślę, że się ze mną zgodzisz z nim, kiedy go poznasz, ponieważ on porównuje wszystko z pismem świętym. Myślisz, że jeżeli ktoś głosi inaczej niż ty jest zły.’ Poszedłem do kościoła i zauważyłem, że każdy przyniósł swoją Biblię. „Teraz, moi drodzy, jeżeli przejdziemy do Jana 3:16, znajdziemy w tekście...”, mówił Moorhouse. On wygłosił najbardziej niezwykłe kazanie na temat tego wersu. Nie dzielił go na podgrupy, po prostu przeczytał cały tekst i potem przeanalizował całą Biblię od Genesis do Objawienia, aby udowodnić, że przez te wszystkie lata Bóg kochał świat. Posyłał proroków i innych świętych, aby nas ostrzec, potem posłał Syna, a jak go zamordowali Ducha Świętego. Nigdy wcześniej nie wiedziałem, że Bóg nas tak kocha. To sprawiło, że nie mogłem powstrzymać łez.”111
Moody opisuje, jak Moorchouse stąpał po niepewnym gruncie co wieczór, głosił w ten sam sposób z tego samego tekstu, aż miłość Boga zaczęła żyć w jego słuchaczach. Nie ważne, czy moody pamiętał tekst przemówienia, ważne, że jego duch zagościł w nim na zawsze. Jego serce się zapaliło. To posłało go z nową wiadomością, którą poruszał tysiące serc. Wszystko to były nieprzygotowane kazania. To wychodziło z serca. Kiedy kaznodzieje otworzą swe oczy na ten fakt?
Torrey pisze: „Potrzebujemy głosicieli ognia. Jakże zimnymi ludźmi są dzisiejsi kaznodzieje? Ortodoksyjni, prezentujący najtwardsze prawdy z ogromną elokwencją. A nasi słuchacze siedzą i zachwycają się naszym głoszeniem, ale nie żałują za grzechy. Dlaczego? Bo nie płoniemy. Przekonujemy intelekt, ale nie trafiamy do serca. Wesley to robił, tak samo Whitefield, Finney – zalewali ludzi ogniem, a oni żałowali za grzechy.”112
Złamane serce. Apostoł Paweł miał wielki ciężar i smutek w sercu z powodu swych zgubionych rodaków. Chrystus płakał nad nimi. I rzeczywiście musiałby mieć bezduszne serce, gdyby nie płakał. Spurgeon pisze: „To straszna rzecz dla człowieka, aby być tak przesiąkniętym doktrynami i mówić zimno i nudno, że właściwie nie wielbi Boga, w ogóle nie cierpi z powodu myśli zguby milionów. To jest straszne. Nienawidzę słychać o groźbach Boga, głoszonych przez człowieka, którego wizje, ton i nieżywy duch przedstawiają takie doktryny. Całą radość natury ludzkiej jest w nich niszczona. Nie mają żadnych uczuć, jakie powinien mieć kaznodzieja.”113
Żona Moody’ego twierdzi, że jej mąż mówił: „nikt nie ma prawa głosić, chyba, że ma złamane serce”114 Moody posiadał takie serce, i to ono dawało mu to, co nazywano „Błagalną wrażliwością tonu, niesłyszalną nigdzie indziej”115 On był pełen wrażliwości w swym działaniu na dusze. Ten sam pisarz dodaje: „Ale takie tłumaczenie! Żadne słowo nie może oddać jego sensu. On wylewa swoja duszę w wielkiej szczerości, ze łzami błagał je wszystkie, tej ostatniej nocy, kiedy głosił w Glasgow, aby szukali Pana, a na pewno Go znajdą.”116
Torrey był człowiekiem o wiele mniejszych emocji. Zazwyczaj nie płakał, kiedy głosił. Nie ujawniał emocji, kiedy, kiedy przebywał z grzesznikami. Pomimo całej treści, którą głosił, przede wszystkim docierał do serc. „Słuchali go, kiedy przemawiał do tłumu pijaków i mówił im o miłości Jezusa. Żadne słowo oskarżania nie mogło wyjść z jego ust. Mówił w prostym języku o miłości zbawiciela w taki sposób, że najtwardsze sumienie się budziło i najtwardsze serce miękło. Czule tłumaczył, aby porzucili grzech – czule, z miłością, a łzy same się lały z ich oczu. I stało się wiele cudów.”117
Jak to będzie policzone? Jak człowiek, który sam nie płacze może sprawić, że inni będą płakać? Pomimo swojej zimnej zewnętrzności, tam na pewno leży serce. Na Konferencji Chrześcijańskich Fundamentalistów w Filadelfii w 1919 r. powiedział: „Temat przypisany dla mnie na dzisiejszy wieczór to przyszła kara. Wzdrygam się przed tym. Bałem się myśli o takim głoszeniu. Zwróciłem twarz do Boga i zaszlochałem, kiedy pomyślałem, co Biblia mówi o tym, i pomyślałem, co się z tym wiąże. Wydawało mi się, że nie potrafię o tym mówić. Wierzę, że mógłbym umrzeć ze wstydu, gdybym był pewien, że jest sposób, żeby uratować wszystkich ludzi. Według mnie nauka o przyszłej karze nie jest zwykła sprawą czy teorią spekulacyjną, o której mógłbym mówić bez emocji.”118
Torrey wspaniale głosił o piekle, dniu sądu i gniewie Bożym; ale on głosił te rzeczy z całego serca i dlatego ludzie się przekonywali, a setki z nich się nawracało.
Mamy jeszcze jedną sprawę do wspomnienia. Wpływ Ducha Świętego. Bez niego nasze głoszenie będzie jałowe i bezowocne. Wierzę, że człowiek, który posiada umiejętności wspomniane wyżej będzie pełny Ducha Świętego. Nie ma w tym nic niezwykłego. John Fletcher pisał: „Wielka uwaga nauki na temat nauki o Duchu zmusiła mnie do przeanalizowania sposobu pracy Ducha. Mam namyśli słowa prawdy, które są gałązkami rozpalającymi wielkie ognisko. Raczej oczekiwałbym błyskawicy niż stałego ognia jako paliwa.”119 Błyskawica zadowoliłaby nas bardziej, bo my wolimy szybkie i łatwe sposoby. Ale taki nie istnieje. Ciągłe używajmy słów prawdy, nie scholastyki, wolimy iść z Bogiem do prawdziwej świętości, zmieniać serca, nawracać grzeszników, wszystko przez człowieka z oddanym sercem, duszą, umysłem i siłą przekazywania Chrystusa, ścieżka do Pełni Ducha Świętego i mocy Bożej.
Jest możliwe, że człowiek posiada wszystkie wymienione umiejętności i brakuje mu mocy Ducha. Co więcej, jest możliwe, że ją ma, ale z czasem traci, jak Samson. Temat jest zbyt obszerny, żeby teraz go otwierać, ale nie możemy skończyć bez kilku słów o tym. Jest bardzo częste w naszych czasach, że mówi się nam, że nie mamy szukać chrzty Duchem, który był dany kościołowi raz na zawsze, i nigdy to nie będzie powtórzone. I jest głupotą, aby szukać czegoś, co już mamy, i oddajemy się działaniu diabła. Takie zjawisko tłumacze na dwa sposoby:
Po pierwsze twórcy i nauczyciele takich doktryn nie byli dobrymi kaznodziejami, ani ewangelizatorami, zdobywcami dusz. Wielcy kaznodzieje byli gdzie indziej. Oni szczerze głosili nieodwołalność chrztu w Duchu Świętym, jako podstawowy wymóg wobec kaznodziei. Spurgeon, Moody, Torrey, Goforth, Earle, Finney i inni rywalizowali z tą doktryną.
A po drugie apostołowie usłyszeli: „Ale przyjmiecie moc Ducha Świętego, który przyjdzie na was” (Dz. ap. 1:8). „A wy zostaniecie w mieście Jeruzalemie, dokąd nie będziecie przyobleczeni mocą z wysokości” (Łuk 24:49) Czego teraz możemy używać w naszych nowoczesnych kazaniach, aby potwierdzić, że oni już są ochrzczeni Duchem, kiedy cały świat nie ma jego mocy? My chcemy prawdy. Chcemy mocy Ducha Świętego. Świat idzie do piekła, bo jej nie mamy i kłócimy się o słowa i imiona. Nazwij to jak chcesz, chrztem, obłudą, wypełnieniem, głupotą, czym chcesz, ale przez wzgląd na Boga, na Chrystusa, przez wzgląd na potępionych grzeszników, zostaw doktryny, profesje i otwórz się przed Bogiem, pozwól mu sobą zawładnąć. Wtedy poznasz, przez swoje szczęśliwe doświadczenie, czym jest dobre głoszenie.